poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Warsztaty z Craigiem Ogilviem oraz porażka na egzaminie tropieniowym


Na sobotę, 15 kwietnia, udało mi się umówić w dwóch miejscach jednocześnie. Rano umówiona byłam na podejście do egzaminu FPR1 w Cannock, natomiast po południu mieliśmy wziąć udział w warsztatach z Craigiem Ogilviem w Sandbach (odległość między miastami wynosiła ok 80 km, godzina jazdy w sprzyjających warunkach drogowych). Ja nie dam rady? Potrzymaj mi piwo :).

Wstaliśmy raźnie o 5:30, by o 8:00 zameldować się na polach. Tam, nauczeni już cierpliwości przez dwa lata życia w UK, spokojnie czekaliśmy ponad godzinę, aż przyjedzie reszta zawodników wraz z organizatorami i duńskim sędzią. Warunki tropieniowe były idealne. Trawa gęsta i dosyć wysoka (ok 15 - 20 cm), słońce świeciło delikatnie, więc podłoże było bardzo wilgotne, ale nie mokre. Idealne zarówno do tropienia, jak i oznaczania przedmiotów. No lepszych warunków sobie Nitro nie mógł wymarzyć. Psom sprawdzono mikrochipy, porównano je z książeczkami startowymi i zaczęło się ustalanie kolejności wyjść. Wylosowałam numer pierwszy, więc poszłam ułożyć ślad zgodnie z zaleceniami sędziego. Ślad był dosyć długi, w kształcie litery U, z dwoma przedmiotami (w połowie drugiej prostej i na końcu). Sędzie obserwował mnie jak układam ślad i gwizdał na zmiany kierunki i położenie przedmiotu. W tym czasie Tomek przestawił auto z Nitkiem w bagażniku, bym nie musiała daleko iść po psa. Gdy wróciłam do samochodu, mój pies był na granicy paniki, bo myślał, że tata go chciał uprowadzić. Oczy jak pięć złotych i paniczne dyszenie. Ohohoho, niedobrze. Wyciągnęłam psa z auta i od razu nakazałam wyrównanie do nogi. Pole było dosyć duże, w czasie marszu pies się wyraźnie uspokoił i rozluźnił. Zameldowałam się sędziemu, a Nitro koniecznie chciał się przywitać z Gregiem, który pełnił na zawodach rolę komisarza. Na krótkie NIE, Nit odpuścił. Podeszliśmy do znacznika, Nitro wszedł w tryb pracy idealnie. Ze wzrokiem wbitym w znacznik, podał mi obie łapy do przełożenia linki, a potem usiadł skupiony i spokojny. "To będzie dobry dzień" - pomyślałam. Spojrzałam na sędziego i po uzyskaniu sygnału do rozpoczęcia pracy, wesoło podałam komendę WĄCHAJ. Nitro wystrzelił do znacznika, głęboko zaciągnął się zapachem i ruszył jak po sznurku po śladzie. Ja zostałam i czekałam, aż odejdzie ode mnie na odległość 10 metrów, by móc ruszyć. Czekałam spokojna i pewna swojego psa. Nitro węszył. Po ok. 5 metrach nagle podniósł głowę i poszedł w lewo. Na całą długość linki. Tam się zatrzymał, po czym wrócił do mnie do nogi. Ja osłupiałam. Właśnie oblaliśmy egzamin, do którego przygotowywaliśmy się dosyć intensywnie od ostatnich 12 miesięcy. Szybko poszło. Pomyślałam, że skoro zapłaciłam już za ten egzamin, to sobie chociaż ten ślad zrobię, zbierając po drodze swoje przedmioty. Wysłałam psa ponownie. Przez pierwszą prostą musiałam powtórzyć trzykrotnie komendę WĄCHAJ, bo pies podnosił głowę i rozglądał się na boki. Pięknie zrobił załamanie pod kątem prostym, a potem oznaczył przedmiot. Wrócił do tropienia, ale po kilku kolejnych metrach znowu zszedł ze śladu i wrócił do mnie. Głosem nie znoszącym sprzeciwu wydałam ponownie komendę WĄCHAJ i pies znalazł drugie załamanie, a chwilę później zrezygnował z tropienia całkowicie. Usiadł na śladzie i patrzył przed siebie. Siedział tak minutę, a ja stałam i powtarzałam w obu językach "Nie wierzę w to, co widzę. Co tu się do cholery dzieje". W końcu wrócił do mnie, wszedł między moje nogi i położył się na grzbiecie. Zrezygnowana podałam mu komendę SZUKAJ, by odnaleźć przedmiot i w końcu zejść z tego pola. Nitro spojrzał na mnie i.... zaczął intensywnie kopać. Postanowiłam kontynuować ślad sama, by odnaleźć ten cholerny przedmiot. Nitro mnie wyprzedził, znalazł go i oznaczył, a ja mogłam się odmeldować i zejść z pola. Przeprosiłam sędziego za marnowanie jego czasu i wciąż nie dowierzając w to, co się właśnie wydarzyło, poszłam na parking. Nitro szedł przy nodze na kontakcie. Szczęśliwy i przepełniony energią. Mój kochany małżonek powiedział "Nie martw się, tam się właśnie wydarzyło coś tak nieprzewidywalnego, że nie dało się do tego przygotować". Myślałam, myślałam, myślałam i nic nie wymyśliłam. Nie znam przyczyny tego zachowania. Uznaję po prostu, że pies nie był przygotowany do egzaminu i tyle. Nie poddajemy się, ćwiczymy dalej, w przyszłym roku, mam nadzieję, wszystko pójdzie zgoła inaczej. 


Na szczęście nie miałam czasu na załamywanie rąk, bo czekało nas jeszcze przecież seminarium w Sandbach. Prowadzący semi jest pozorantem monjoringu, który skupia się na relacji pomiędzy psem a jego opiekunem, podczas zabawy. Craig poświęcił dekadę swojego życia na zgłębianie tajników zabawy z psem, w marcu tego roku wydał książkę na ten temat. Książkę oczywiście kupiliśmy i jesteśmy w trakcie czytania. Warsztaty trwały dwie godziny. Na początku Craig przedstawił siebie i swoją teorię zabawy. Potem wychodziliśmy na kilkuminutowe sesje indywidualne. Każdy pies miał dwie sesje intensywnej zabawy. Nitro bawił się warcząc tak, że całą hala drżała. Bawił się najpierw z Craigiem, potem ze mną. Bez strachu, zaangażowany na 100%, koniecznie chcący wygrać, mocno angażując swoją masę, siłowo postanawiając przewrócić Craiga, a przynajmniej go nastraszyć. Hmmmm, wyglądał naprawdę fajnie. Potem Craig tłumaczył, że bawiąc się z dużym psem, należy pozwolić mu się trochę pociągnąć, by nie naprężać jego odcinka szyjnego kręgosłupa. Wtedy podjęłam decyzję. Zbiorę trochę kasy i zapytam Craiga czy organizuje również treningi bardziej IPOwe. 


niedziela, 19 lutego 2017

Obediencowe Zawody BCOS, 18-02-2016

 

Cóż to były za emocje! Ach, jak bardzo się cieszę, że wdzieliśmy z Nitkiem udział w zawodach organizowanych przez British Competitive Obedience Society. BCOS to organizacja, która stawia na dobrą relację pomiędzy psem a przewodnikiem. Oceniana jest oczywiście precyzja i szybkość wykonywania komend, entuzjazm i wszystko to, co normalnie jest oceniane podczas takich zawodów. Jednak tutaj to ta magiczna więź pomiędzy człowiekiem, a jego psem ma znaczenie nadzwyczajne. Ponieważ jesteśmy z Nitrem na początku naszej drogi w angielskim obidjensie, wzięliśmy udział w klasie najniższej, czyli pre-beginner. 

Z domu wyruszyliśmy o godz 5:45, by o 8:30 zameldować się w Peterborough. Oczywista po doliczeniu przerw na kawę, potem kanapki i jeszcze odsikanie psa, czas przybycia na miejsce przesunął się na 9:00. Nitro został w aucie, a my poszliśmy poszukać naszego ringu. W hali było kilkaset osób, kilkadziesiąt psów, około dziesięciu stoisk handlowych i sześć ringów oddzielonych od siebie białym sznurkiem. Na wszystkich ringach odbywały się występy poszczególnych zawodników. Sześć psów w tym samym czasie wykonywało różne ćwiczenia na ringach oddzielonych sznurkiem! Do wykonywanych ćwiczeń należało np. aportowanie lub.... zabawa szarpakiem. Pomiędzy ringami, na swoją kolej, oczekiwało kolejne kilkadziesiąt poddenerwowanych, rozgrzewanych przez swoich właścicieli gryzakami, szczekających psów. Po piętnastu minutach w tym rozgardiaszu zwątpiłam i poważnie zastanowiłam się, czy nie spakować psa i po prostu stamtąd nie uciec. Odhaczyłam się na liście startowej, pobrałam karteczkę z numerkiem (129) i poszłam po psa, jako że wchodziliśmy na ring jako dwunasta para (z pięćdziesięciu siedmiu). Wydawało mi się, że zaczniemy swój występ w ciągu dwudziestu minut. Nie doceniłam Anglików. W poczekalni spędziliśmy prawie dwie godziny. Nitro w tym czasie spalał się nieustannie warcząc i namierzając kolejne ofiary. Nie zaatakował nikogo, ale też byłam szczególnie czujna. Gdy wchodziliśmy na ring, obydwoje byliśmy wykończeni. 



Dawno już się niczym tak nie stresowałam, na szczęście po przekroczeniu linii ringu, liczył się już tylko Nitro i cały stres ze mnie spłynął. Udało mi się przekonać siebie i swojego psa, że to tak naprawdę tylko kolejny trening w dużych rozproszeniach. Nitro dał z siebie wszystko, całe sto procent swojej Nitrowej osoby. Kilkanaście razy nie wytrzymał i zerwał kontakt, by rzucić okiem na psa na ringu obok, ale sekundę później już był ze mną. To wszystko było dla niego bardzo, bardzo trudne. Ale dał radę, byłam z niego strasznie dumna. Myślę, że jeszcze kilka takich zawodów i  już żadne rozproszenia nie będą w stanie wybić Nitka z rytmu. Nie do przecenienia w takich zawodach jest to, że w klasie początkującej można psa nagradzać w ringu przed, po i pomiędzy ćwiczeniami. Takie oceniane zawody treningowe. Genialna rzecz. Łącznie zdobyliśmy 54,5 punkta na 60 możliwych, co niestety nie wystarczyło do zakwalifikowania się do Wielkiego Finału, który odbywał się w niedzielę. A szkoda. Ale po kolei.



Ćwiczenie pierwsze - Heel on lead (chodzenie przy nodze na smyczy), pkty 14/15. Nasze najlepiej wykonane ćwiczenie. Chodzenie przy nodze było dla nas czytelne, bo zwroty odbywały się pod kątem prostym. Dwa zwroty w prawo, obrót (Powinien być przez prawe ramię, ale tego nie umiemy, więc postanowiłam zrobić przez lewe. Gdybym nie miała psa na smyczy, pokusiłabym się o niemiecką zmianę, a tak bałam się, ze zaplączemy się w linkę) i dwa w lewo. Nitro wszedł na ring trochę rozkojarzony rozgardiaszem panującym w poczekalni, ale ładnie wszedł w  tryb pracy. Jego niepewność widać w skokach na komendę "Jak skaczą maliniaki?". Skacze trochę na pół gwizdka. Po wykonaniu pełnego ćwiczenia Nitro był z siebie zadowolony, wiedział, że mu dobrze poszło, więc był w stanie poddać się zabawie z całą energią, jaka w nim drzemała. Bardzo ładnie się przeciągał zabawką, nawet chętnie wskoczył na mnie łapami i podał mi gryzako-piłkę do dalszej zabawy. Po usłyszeniu komendy natychmiast przestał się nią interesować i wrócił do trybu pracy. <3

Ćwiczenie drugie - Recall (przywołanie), pkty 13,5/15. Tutaj ja się nie popisałam. Nitek bardzo ładnie ruszył przy nodze, by się ustawić na pozycji. Ja jednak zamiast wejść w rolę i udawać, że ćwiczenie się już rozpoczęło, byłam w totalnym rozluźnieniu, co zmieszało mojego psa. Nie wiedział, w którą stronę się obrócimy i się pogubił. To spowodowało jego lekkie rozkojarzenie i niepewność co do dalszych kroków. Nitu jest bardzo wrażliwy i jeśli coś mu się nie uda, bardzo wybija go to z rytmu. Pracujemy nad tym, by szybciej przechodził do porządku dziennego nad porażkami, ale póki co, jedna pomyłka pociąga za sobą kolejne. Na szczęście już bez wyraźnego spadku emocjonalnego. Ponieważ widziałam co się dzieje z moim psem, powtórzyłam komendę SIAD. Niepotrzebnie. Nitro zasugerował się, że to komenda do ruszenia, bo przecież zostaje się bez komendy. Mogłam też poczekać te dwie, trzy sekundy, aż komenda utrwali się w jego umyśle, a nie ruszyć od razu. Nitek ruszył ze mną. Poprawiłam go w pozycji i poszłam na miejsce do przywołania. Mój zestresowany pies rzucił okiem na ring obok, a tam...... pani wyrzucała koziołek do aportu. Nitrowi nawet do głowy nie przyszło ruszenie po ten koziołek, natychmiast wrócił do ćwiczenia. Przynajmniej ciałem, bo nie myślami. Gdy tylko pies popatrzył na mnie wydałam komendę do przywołania. Znów błąd. Wiedziałam, że był rozkojarzony, mogłam dać mu więcej czasu na skupienie. W momencie wydawania komendy, pies w ringu obok został wysłany do podjęcia aportu. Ten jeden rzut oka wystarczył, by Nitu nie usłyszał, co mówię. Powtórzyłam komendę w momencie jego wracania do trybu pracy, usłyszał, przybiegł. Minimalnie krzywo usiadł, ale pięknie i prosto dostawił się do nogi (a to najważniejsze). Nagrodziłam psa gotowaną wołowinką. Emocje u nas obojga już z powrotem były na odpowiednim poziomie, zapięcie psa na smycz spowodowało jego spokojne i aktywne oczekiwanie na dalszy ciąg treningu. Po odpięciu smyczy przetarłam zaśliniony rottweilerzy pysk (jeden malutki błąd i dwa spojrzenia na boki, dwa oblizania oraz tona śliny na pysku) i poprosiłam o pokazanie jak skaczą maliniaki. Tym razem Nit skakał bardzo entuzjastycznie i wysoko, na 150%.



Ćwiczenie trzecie - Heel free (chodzenie przy nodze na smyczy), pkty 18/20. We wszystkich wykonanych ćwiczeniach, Nitro idealnie odnalazł pozycję przy nodze. Nie inaczej było tym razem. Niestety tutaj już powoli widać zmęczenie psychiczne mojego showowego rottweilerka. Chodzenie stało się nierówne, kontakt urywany, pies bardzo chciał, ale już powoli nie dawał rady. Bardzo dzielnie z tym zmęczeniem walczył. Chodzenie przy nodze bez linki odbywało się po okręgu w obu kierunkach. W takiej figurze dopiero widać jak dobrze pies trzyma się nogi i jak bardzo reaguje na niewielkie zmiany kierunku przewodnika. U nas to kompletnie leży, bo w IPO-wym świecie (jak i europejskim obediencowym) wszystkie zwroty odbywają się pod kątem 90 lub 180 stopni. Zaczęliśmy od okręgu w prawo, wersji łatwiejszej dla psa. Wyszło jak wyszło, słabo technicznie. Po pierwszym okręgu nagrodziłam psa jedynie socjalnie i szybko z powrotem skupiłam na sobie w siadzie (dobry patent na zmęczonego psa). Powtórzyłam kilka ćwiczeń na skupienie. Nitro je lubi, są łatwe i bardzo dobrze mu znane. Nagrodzone jedzeniem. W końcu ruszyliśmy po okręgu w lewo. To dużo trudniejsza opcja, bo poprzez nasze niedociągnięcia techniczne, nachodziłam na psa, gasząc jego entuzjazm. Na szczęście rottweileru doskonale już sobie radzi z moimi niezgrabnymi ruchami i pomimo, że popychanie go powodowało spadek emocji, to bardzo szybko się poprawiał, bo wiedział, że przecież wszystko jest w porządku. Koniec ćwiczenia nagrodziliśmy długą i intensywną zabawą gryzakiem i zeszliśmy z ringu.

Wrażenie ogólne. W zawodach oceniano jeszcze: Desire & Drive (popędy i chęć do pracy), pkty: 4/5 oraz Teamwork & Overall Partnership (praca zespołowa i ogólne partnerstwo), pkty 5/5. Po wychwaleniu Nitra pod niebiosa, chciałabym pochwalić też siebie. Po pierwsze za doskonałe skupienie się na psie i tylko na psie. Po drugie za nie panikowanie po porażce, tylko wsparcie psa uśmiechem i autentyczne odczucie, że nic się nie stało. Po trzecie za naturalną pozycję podczas chodzenia (brak syndromu odstającej, sztywnej lewej ręki). Po czwarte za słuchanie komend Stewarda. Nareszcie to ogarnęłam. Po piąte i ostatnie za Double T (podwójne T), czyli Tits and Teeth (cycki i zęby) -> wyprostowana sylwetka i uśmiech. Dobra robota Mada. Dobra robota Nitro. Po zejściu z ringu poszliśmy do stoiska z zabawkami i kupiliśmy ogromną pluszową piłkę. Nitro był usatysfakcjonowany.

Oto film z zawodów - KLIK. Można oglądać w wersji HD.

piątek, 3 lutego 2017

Weekend treningowy z Jenny Gould, 31/01 - 01/02/2017


Ponieważ liczba miejsc na to seminarium była bardzo ograniczona, organizatorka zaproponowała wszystkim uczestnikom wybór jednego dnia, w którym będą pracowali z psami. Drugiego dnia mogli przyjechać jako obserwatorzy. Ja wybrałam niedzielę, bo w sobotę pojechaliśmy z Nitrem na regularny trening z Clicketricks. Następnym razem przyjadę na cały weekend. To seminarium było dla mnie trochę symboliczne. Dwa lata temu, kilka tygodni po moim przyjeździe do UK, udało mi się wkręcić na trening z Jenny jako obserwator. Bardzo mi się podobało, choć nie wszystko rozumiałam. Pojechałam tam głównie dla nawiązania kontaktów w psim świecie. Poznałam Corinne, która trenuje IPO ze swoją maliną Chascą. To ona dała mi namiar na Clickertricks. Napisałam obszernego maila do Markety (szefowej Clickertricks) i dostałam odpowiedź odmowną, nie mieli wtedy miejsc, terenu i ochoty na przyjmowanie nowych członków. Z braku laku postanowiłam sprawdzić jak nam pójdzie trening Working Trials, Dog Divingu i wciągnęłam się na rok w świat Agility. Po roku Marketa odezwała się do mnie ponownie, zapraszając na semi z Alem Bunyanem, reszta już jest wszystkim znana. Ale wracając do treningu z Jenny sprzed dwóch lat. Bardzo trudno było mi się na niego dostać, napisałam dziesiątki maili, prosiłam kilka osób, łatwo nie było. Obiecałam sobie wtedy, że na następny trening z Jenny pojadę już z psem. Dwa lata później, dostałam maila z zaproszeniem na weekend szkoleniowy, zaproponowano mi miejsce jeszcze przed otworzeniem zgłoszeń. Niesamowite uczucie. Tyle udało nam się z Nitrem osiągnąć przez te dwa lata, tyle kontaktów nawiązać, zaczynając praktycznie bez niczego. Bez znajomości, bez języka (bo ten mój zaawansowany poziom angielskiego w Polsce, okazał się poziomem bardzo podstawowym w UK). Wszystko wychodziliśmy, wytrenowaliśmy, mieliśmy jasny cel i ciężko na niego pracowaliśmy, więc udało nam się osiągnąć to, co zaplanowaliśmy. Że się tak górnolotnie wyrażę :).

Wracając do seminarium, Jenny ma bardzo fajne poczucie humoru, jest osobą bardzo energiczną, rzutką, głośno się śmiejącą, taką, jak lubię. Postanowiłam zwrócić się do niej o poradę: jak poprawić nasze zwroty w ruchu (Nitu wypracował niejako nad-zwroty, czyli  zakręca dupką bardziej niż jest to konieczne), jak poprawić nasz niemiecki zwrot (pies jest zbyt daleko ode mnie podczas zawracania) oraz jak umocnić trzymanie aportu (Nitro nie podgryza i nie żuje, ale trzyma aport delikatnie, więc jak podnosi głowę przy przywołaniu, aport przesuwa mu się w paszczy na tylne zęby). Obydwa wejścia praktycznie przegadałyśmy, na 20 minut było 20 minut konwersacji i w czasie dodatkowym 2 minuty treningu. Dobrze, że już rozumiem prawie wszystko po angielsku :). Zaczęliśmy od zwrotów. Jenny powiedziała, że w musimy zacząć ćwiczyć nie zwroty pod kątem 90 stopni, tylko najpierw chodzenie w kole czy owalu, potem fale, aż do delikatnego chodzenia tropem węża, co jest podobno dla psa najtrudniejsze. Mamy wymyślać tysiące kombinacji i bawić się chodzeniem przy nodze, by pies nauczył się nas czytać przez cały czas, i dostosowywać swoje ciało do naszego ruchu, a nie na pamięć wykonywać ostre zwroty w lewo. Dodatkowo Jenny zwróciła uwagę na nauczenie psa odczytywania delikatnych wskazówek, które powinnam mu dawać podczas chodzenia przy nodze. Należy myśleć o zwrocie tuż przed nim. Wtedy człowiek mimowolnie pochyla się w stronę, w którą będzie skręcać, jak motor na zakręcie. Spróbowaliśmy, Nitro był kompletnie pogubiony, nie potrafił w ogóle dostosować się do delikatnych zakrętów. Do przećwiczenia w formie zabawy. Zdecydowanie. Plan na poniższym zdjęciu.


Druga sprawa, zwrot niemiecki. Do przećwiczenia tegoż muszę zwolnić (oczywista oczywistość, o której jak zwykle zapomniałam) i nagradzać psa po zwrocie z ręki, nie piłką. Jenny uważa, że pies nagradzany wyrzutem zabawki, instynktownie robi duży łuk, żeby być gotowym do biegu. Nie wiem czy to kwestia dobrego nagradzania czy zwolnienia tempa, ale obydwa wykonane na seminarium zwroty, Nitro zrobił idealnie :). Jeśli chodzi o trzymanie aportu, Jenny zaproponowała odejście od koziołka formalnego i przećwiczenie pozycji z uniesioną głową (prezentowania aportu po powrocie) z rzeczami trudnymi do utrzymania. Przećwiczyliśmy trzymanie na plastikowych kubkach, gumowych wężach, sznurkiem z kilkoma plastikowymi wisiorkami na nim itp. Chodzi o przedmioty łatwo wypadające z pyska psa, jeśli nie będzie ich porządnie trzymał. Podobno to się przeniesie na nieruchome trzymanie koziołka. Zobaczymy ;)

Mam oczywiście kilka zapisków również z tej części semi, w której uczestniczyłam w roli obserwatora. Otóż, jeśli ćwiczymy z młodym psem lub uczymy psa czegoś nowego, powinniśmy ćwiczyć tylko jedną rzecz podczas jednej sesji. Np. siadu. Wtedy pies nie skupia się nad tym, jaką pozycję ma przyjąć (bo to wie, jeśli tylko to ćwiczymy), ale skupia się na idealnej pozycji lub prędkości, jednym słowem dąży do perfekcji znanego ćwiczenia. Warto nauczyć psa zatrzymania w ruchu w pozycji stojącej, by uczył się czytania naszego ciała. Ponieważ w IPO, gdy przewodnik staje, pies powinien usiąść, można rozróżnić pozycję stojącą przewodnika. Pozycja podstawowa - człowiek na baczność, pies siedzi. Pozycja z lewą nogą w wykroku (człowiek zatrzymany w pół ruchu, pies stoi). Jedno motto Jenny strasznie mi się spodobało: "Jeśli prosisz psa o więcej, nagródź go lepiej" (If you ask more from the dog, remember to reward more). Ważne! I ostatnia porada nie dla mnie, ale dla przewodnika psa nadaktywnego (lub młodego po prostu): Daj psu możliwość swobodnego biegania na treningu. Nie nagradzaj za samowolny powrót do przewodnika. Pozwól psu się nudzić. Nagradzaj (na początku bardzo intensywnie) każde przybiegnięcie na zawołanie, potem znów zwolnij psa. Budujesz w ten sposób idealne przywołanie i wyrobienie w psu nawyku wyczekiwania na przywołanie do pracy. (Uwaga, może nie dotyczyć rottweilerów, które się w swoim własnym towarzystwie nigdy nie nudzą :P).



Jeszcze chciałam powiedzieć kilka słów na temat zachowanie Niteczka w czasie tego seminarium. Niesamowicie fajne jest posiadanie psa, który pracuje bardzo równo, jest zaangażowany w ćwiczenia, spokojny i zmotywowany. Fajnie jest być pewnym zachowania swojego psa i skupiać się jedynie na problemie zgłoszonym do przepracowania. Daje to nieznany mi dotąd komfort :). Nitro leżał i czekał na swoją kolej, kiedy Jenny tłumaczyła mi teorię. I było to leżenie aktywne, tzn. cały czas wyczekiwał kiedy w końcu zaczniemy pracować. Na moje słowo rozpoczynające pracę skakał z radości. Pracował pięknie, wzbudzając ogólny zachwyt (nie tylko mój :)). Cztery osoby pytały skąd jest, z jakiej hodowli, ile ma lat i czy jest po rodzicach pracujących. Taki mały gwiazdorek mi wyrósł. W samochodzie grzecznie czekał na swoją kolej, a i na wybiegu nie wdał się w żadną awanturę z psem. Jednym słowem, czteroletni Nitro to psi ideał seminaryjny. 

Skrótowy film z seminarium. <KLIK> Jeszcze chciałam się pochwalić <3. Podobno jak zeszłam już z Nitrem i poszłam go odprowadzić do samochodu, to Jenny powiedziała, że jestem bardzo dobrym przewodnikiem ze świetnym timingiem i wyczuciem perfekcyjnego nagradzania swojego psa. Takie słowa uznania przez taką osobę! Rozpłynęłam się ze szczęścia.

Pełne filmy z seminarium - wejście pierwsze i wejście drugie. Tylko dla zawziętych :).


sobota, 3 grudnia 2016

IPO seminarium z Honzą Kunclem, 26-27/11/2016


Ostatni weekend spędziliśmy na seminarium z czeskim pozorantem, Honzą Kunclem. Honza zachwycił mnie swoją pracą i pełnym zrozumieniem psich potrzeb. Po raz pierwszy pracowałam z kimś, kto o moim psie wiedział więcej niż ja i potrafił dać mu dokładnie to, czego ten pies potrzebował. Po raz pierwszy w życiu widziałam Nitra, który walczył z pozorantem z pełnym zaangażowaniem, pewnie i radośnie na tyle, że po wygraniu rękawa, próbował go wcisnąć z powrotem pozorantowi w rękę. Po raz pierwszy mieliśmy rękaw w samochodzie po każdym zejściu z placu. Honza jest bardzo klarowny i czytelny dla psa, jest piekielnie szybki, ale przede wszystkim ma w sobie to coś. Coś, co powoduje, że psy uwielbiają się z nim mierzyć. 



W sobotę, na pierwszym wejściu Honza głównie sprawdzał nasze psy. Oszczekanie, ucieczka, gryzienie na lince. Na drugim wejściu głównie ucieczki. Następnego dnia jednak miał już dokładny plan na każdego psa uczestniczącego w seminarium. Nitro dostał kilka markowanych ataków, które jednak nie kończyły się ugryzieniem rękawa. Sfrustrowany lepiej gryzie. Ma pełny chwyt, ale przede wszystkim stara się zatrzymać pozoranta i odebrać mu rękaw z całych sił. Pod koniec dnia Honza nagradzał tylko dobre chwyty. Słabe wybicie psa kończyło się odsunięciem pozoranta. Po pierwszym przewróceniu się na plecy, wkurzony Nitro zerwał się i poprawił chwyt. Niedostatecznie szybko jednak, pozorant znów umknął. Nitro w miejscu zawrócił i zawisł na rękawie. Wkurzony, ale spełniony. Nawet przez moment się nie zawahał, nie przyszła mu do głowy myśl o rezygnacji. Schodził z placu zmęczony, ale dumny z siebie. A ja z nim. 



Taka pewność siebie i samodzielność zaowocowały tym, że mój pies zapomniał totalnie o mojej obecności na placu. Przestał na mnie zwracać uwagę. Pół nocy z soboty na niedzielę spędziłam na myśleniu, jak odzyskać kontrolę nad psem, nie wchodząc z nim w konflikt. W niedzielę przypominałam mu o sobie prosząc o przyjęciu pozycji siad lub waruj, zanim zwalniałam go do pozoranta. Nitro nie miał z tym żadnych problemów. Wprowadzanie zasad w gryzieniu wzbudziło jego konsternację, ale przyjął to naturalnie, bez mrugnięcia okiem. Ten pies jest po prostu fenomenalny. Już nie mogę się doczekać na następne semi :).

Film z semi.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Dog diving - spotkanie pierwsze


W pewien sierpniowy piątek wybraliśmy spróbować swoich sił w dog divingu. Ten sport od zawsze mi się podobał i wydawał się doskonały dla Nitra, który wodę uwielbia, skoki do wody uskutecznia, a jak już w wodzie znajduje się zabawka, to w ogóle jest wspaniale. Nasza przygoda trwała tym razem dwie godziny, ale pech chciał, że były to dwie godzinny nieustającej ściany deszczu. Pomimo ubrań przeciwdeszczowych, byliśmy z Mężem przemoknięci do cna. Co niezbyt pozytywnie wpłynęło na nasze samopoczucie. Nitro natomiast był zachwycony...... pływaniem w basenie. Ale zacznijmy od początku.

Wprowadziłam podekscytowanego psa na rampę do skoków i pytam pana instruktora co dalej. Na co on mówi, proszę rzucić piłkę i zobaczymy co się wydarzy. No to rzuciłam, Nitro rozpędził się na rampie i tuż przed skokiem wyhamował. I tutaj trza było go odwołać i zaznajomić z basenem poprzez skok z kładki do wychodzenia. Niestety straciłam czujność i Nitro postanowił zeskoczyć pionowo do wody. Poszedł na dno, odbił się i zaczął poszukiwania wyjścia. Niestety cały basen wyjścia nie ma, można było się z niego wydostać tylko za pomocą kładki. Jakiś pracownik z zewnątrz złapał mi psa za obrożę i nakierował go na kładkę. Nitro dopłynął, ale był dosyć mocno zestresowany. Zabrałam go z basenu i pobiegliśmy na psi plac zabaw, gdzie było kilka dużych piłek do wyboru. Nitek wybrał jedną i odreagował na niej wszystkie swoje lęki i frustracje. 


Wejście drugie skutkowało już byciem ostrożniejszym rottweileru. Nie zgodziłam się na skoki z rampy (rychło w czas :() i skakaliśmy sobie z kładki do wychodzenia z basenu. Od tego momentu mój pies pokochał dog diving. Ach, jakie cudowne zrządzenie losu, z góry pada, z dołu pada, a w wodzie jest tak przyjemnie. I jeszcze aportuje się piłeczki tenisowe. A po pływaniu można się wyszaleć z ogromną piłką na placu zabaw! Żyć, nie umierać. I tak przez bite dwie godziny.

Reasumując, mnie nie zachwyciło. Przede wszystkim zawiódł mnie poziom znajomości psiej psychiki prowadzących (zerowy) oraz brak logicznego planu zaznajamiania psów z tą, nową dla nich przecież, dyscypliną sportową. Ponieważ jednak Nitro, koniec końców, dobrze się bawił, myślę, że w ciągu kilku treningów zapomniałby o feralnym podtopieniu i zacząłby skakać do wody. Ja jednak jestem lekko zniechęcona.

Nie mówię jeszcze zdecydowanego nie, gdyż dostaliśmy zaproszenie do grupy regularnie ćwiczącej, na wstąpienie do której Małż. mnie gorąco namawia, argumentując, że przecież pies bawił się wyśmienicie. Zobaczymy. Na razie zachwyca mnie czystość i miękkość sierści Nitka, jego okrywa włosowa po dwugodzinnym odmaczaniu jest lepszej jakości niż po najlepszym SPA.


czwartek, 7 lipca 2016

Pies mój, najlepszy mój przyjaciel. Kocham Nitra.


Tytuł posta jest trochę przewrotny, no bo przecież to żadne odkrycie. Kocham Nitra od kiedy go pierwszy raz zobaczyłam, a nawet jeszcze wcześniej. Kochałam go już zanim się urodził :). Pierwszy mój wymarzony, zamówiony, wyczekiwany pies. Przebyliśmy długą drogę do miejsca, w którym jesteśmy teraz. Moje oczekiwania w stosunku do psa kupionego z hodowli były diametralnie różne od oczekiwań w stosunku do ukochanych adopciaków. Gdy Rico (pies mojego życia - FILM) zaczął robić postępy w posłuszeństwie, potrafiłam docenić każdy jego krok w dobrą stronę. Nitro okazał się być geniuszem już w wieku kilku tygodni, niczego się nie bał, był ciekawski i piekielnie inteligentny. Od razu zaczęłam szkolenie pod sport, nie zważając na jego rozwój emocjonalny. Do dzisiaj "puść" mamy bezwzględne. Oczywiście szkolenie zawsze było oparte na nagrodach i pochwałach, a poziom dostosowany do wieku szczeniaka, niemniej dzisiaj już wiem, że przy następnym szczeniaku skupię się na budowaniu relacji oraz nauce wspólnej zabawy, bo na tych podstawach można w dorosłym życiu zbudować wszystko. Nie mogę powiedzieć, że Nitra wychowałam źle - jest to pies bardzo towarzyski, dosyć samodzielny, chętnie współpracujący z człowiekiem, odrobinę rozpuszczony i przekonany o własnej nadzwyczajności :). Gdy przypomnę sobie jakim był agresorem za młodu, jestem zadowolona z jego przemiany. Niemniej wiem, że jako pies ze średnio rozwiniętym popędem łupu, nie potrzebował mojej obsesyjnej kontroli w przeciąganiu szarpaka, powinnam dać mu więcej swobody w zabawie i eksplorowaniu środowiska. Nie biję się w piersi, bo pierwszego szczeniaka miałam w wieku lat 16, drugiego w wieku lat 19, a następnego - Nitra - w wieku 33 lat. Przez czternaście lat zdążyłam zapomnieć czym się różni wychowywanie psiego dziecka od pokiereszowanego przez życie psiego staruszka, a tylko z takimi psami miałam do czynienia przez ostatnią dekadę. Krótko mówiąc - w szczenięcych latach więcej zabawy, przygód i nieskrępowanej swobody w zdobywaniu doświadczeń, a mniej szkoły. Odkrywcza myśl nr 1.


Nitro był zakupiony z myślą o szkoleniu obedience oraz - ewentualnie - IPO. On jednak urodził się, by tańczyć :). Jego ukochaną dyscypliną sportu jest agility. Przez rok szkolenia agilitowego poczynił ogromne postępy, bawiąc się przy tym doskonale. Dzięki jego zaangażowaniu i cierpliwości udało się nawet ze mnie - pokraki tanecznej - zrobić prawie przyzwoitego handlera. Ostatnio zauważyłam, że potrafimy przebiec cały torek złożony z kilkunastu przeszkód bezbłędnie. Nitro nie ma chwili zawahania która przeszkoda jest następna, udaje nam się porozumiewać coraz lepiej. Na torze staram się odzywać jak najmniej, stawiając raczej na gesty, nie słowa i to przynosi niesamowite efekty. Jeśli muszę go na torze odwołać z jakiegoś kierunku, poza gestami, dodaję cichutko wypowiedziane imię psa, by wytężył uwagę i zauważył, dokąd biegnę. Niesamowite porozumienie - FILM. Dodatkowo Nitro pewnego dnia sam zaskoczył i zaczął stosować na torze 2on2off (przełożył sobie ćwiczenia stacjonarne w domu, na ćwiczenia dynamiczne na torze); błyskawicznie zrozumiał zasady zmiany za psem oraz ślepej (nigdy nie udało mi się tego osiągnąć z Milenką) i sam postanowił pokonać swój strach przed kładką (jest ona dosyć chybotliwa niestety, co spowodowało jego upadek na plecy, gdy wbiegł na nią zbyt szybko i pod złym kątem kilkanaście tygodni temu) - FILM. Nie mam słów, by opisać jaka jestem z niego dumna i jak raduje mi się serce, gdy go widzę w takiej radości na torze. I nagle, ni stąd, ni zowąd, po roku zrozumiałam, że właśnie taką radość i taki poziom porozumienia chcę widzieć na treningach obi. Odkrywcza myśl nr 2.


Dwa tygodnie temu wybrałam się na Mistrzostwa Wielkiej Brytanii Rottweilerów w IPO, jako widz oczywista. Ponieważ IPO jest dosyć młodą dyscypliną na Wyspach, to i poziom psów znacznie różnił się o tego w Europie. Mistrzem UK (IPO-3) został jedyny pies, który ukończył wszystkie trzy części egzaminu z punktacją powyżej 70/100. Poważnie, jeden pies na siedem (!). Wśród tej siódemki była jedna suka, która zapadła mi w pamięć. Nie była ani dokładna, ani szczególnie ładna w pracy, ale była wesoła. Widać było, że na placu się dobrze bawi, a ze swoim przewodnikiem tworzą drużynę. Reszta psów bała się swoich przewodników i prezentowała wszystkie możliwe CS-y z niemym błaganiem w oczach o zejście z placu. Nie można im było zarzucić braku popędu czy odwagi w stosunku do pozoranta, to ich własny przewodnik powodował, że sztywniały i przestawały zwracać uwagi na pozoranta. W momencie mi się przypomniało dlaczego nienawidzę IPO. Wrażenie było tak silne, że musiałam odejść od ringu i pójść z własnym psem na spacer. Po zakończeniu egzaminów, a przed rozdaniem nagród nastąpiła kilkugodzinna przerwa, podczas której postanowiłam wykorzystać plac szkoleniowy i zrobić Nitrowi krótki trening. Na placu było bardzo ciepło i słonecznie. Nitro praktycznie nie zrobił nic. Wysłał się do jednego rewiru, do drugiego już nie. Chwilę pochodził przy nodze smętny i zmęczony, nagrodzony piłką złapał ją w zęby i uciekł do cienia. Wykorzystałam tę pogodę do walki z samym sobą i poćwiczyliśmy odłożenie w pełnym słońcu przez kilka minut. Oboje zeszliśmy z placu wykończeni. Podróż do domu zajęła nam prawie dwie godziny, a więc miałam dużo czasu do przemyśleń. Zdałam sobie sprawę, że poziom Nitra na treningach mocno odbiega od poziomu prezentowanego przez brytyjskie rotty na zawodach (rozbudziłam w sobie nadzieję na nowo). Niestety jego motywacja na treningu, na który nie ma ochoty jest zerowa, tym samym przedstawiamy sobą obraz jeszcze nędzniejszy niż wszystkie prezentowane tam psy. Naszła mnie refleksja: jakiż jest sens dopieszczania szczegółów, skoro one nie mają żadnego znaczenia, jeśli pies nie chce pracować? Odkrywcza myśl nr 3. Czym ja się różnię od tych przewodników, którzy mnie przerażają (poza  oczywistą różnicą używanych metod szkoleniowych)? Chcę tworzyć z psem drużynę na ringu, nie mam parcia na wygraną kosztem psa, ja tylko nie wiem jak to osiągnąć. Na ostatnim zjeździe z autostrady uderzyła mnie myśl, że przecież my potrafimy być drużyną na torze. Potrafimy rozumieć się bez słów, wspierać i absolutnie polegać na sobie. Dlaczego potrafimy to osiągnąć w agility, a w IPO / obi nie?


Tydzień myślałam, kombinowałam, planowałam, aż w końcu nadszedł dzień treningu. Treningu motywacyjnego. Wyciągnęłam psa z samochodu, wzięłam na smycz i przez całą drogę na plac do niego wesoło gadałam. Potem odpięłam smycz, podałam hasło PRACA, nagrodziłam (wszystko po staremu), następnie nagrodziłam nagrodziłam, nagrodziłam ponownie. Pies się trochę zdziwił i nastawił czujnie ucha. Poprosiłam psa o dostawienie się do nogi, za co dostał brawa, eksplozję radości i deszcz kurczaka. Nitro doszedł do wniosku, ze ze mną jest chyba coś nie ten tego, ale coraz bardziej mu się to podoba. Zrobiliśmy waruj w marszu, nagrodzone piłką. Zaraz po wyrzucie piłki usiadłam na trawie i zaczęłam psa wołać do siebie. Zdziwiony przybiegł, dostał kurczaka, a potem szarpaliśmy się piłką. Po stój w marszu, goniliśmy się po placu z piłką, a po treningu wysyłania naprzód piłkę wymieniliśmy na piłkę i zeszliśmy z placu. To znaczy, ja zeszłam, po Nitro po komendzie KONIEC został smutny na placu szkoleniowym z niemym pytaniem "Juuuuuuuż????? :(". Radosna, ale i zmęczona, poprosiłam psa, by wziął ze sobą wygraną na treningu piłkę i poszedł ze mną na spacer nad wodę. Pies był najszczęśliwszy na ziemi. Dwie godziny później wyszliśmy na trening obrony. Znów przez całą drogę pytałam psa wesoło czy wie, co teraz będzie i czy widzi pozoranta. Nitro ciągnął jak lokomotywa, a z odległości 20 metrów ciągnął szczekając. Postanowiłam trzymać go bardzo krótko, nie za smycz, a bezpośrednio za szelki, dając mu tyle wsparcia ile to tylko możliwe. Chciałabym, by Nitro miał świadomość, że na placu nie jest sam, że jesteśmy tam razem przeciwko pozorantowi. Po kilku chwytach, zbiegliśmy szczęśliwi z rękawem, a potem znów poszliśmy na spacer. Na spacerze Nitro próbował zachęcić mnie do treningu, dostawiając się do nogi i wyraźnie przeszukując mi kieszenie wzrokiem, szukając wybrzuszenia piłki. To był dobry dzień.


Plan treningowy. Nareszcie go mam! Treningi agility i obrony pozostaną jakie są, czyli doskonalimy umiejętności i szlifujemy porozumienie, natomiast treningi posłuszeństwa dzielą się na dwa rodzaje - trening motywacyjny i dłubanie szczegółów. Nad szczegółami pracujemy jedynie w domu i ogrodzie, kiedy motywacja psia naturalnie znajduje się na najwyższym poziomie, natomiast wszystkie treningi poza domem, te w parku i te na placu treningowym, są tylko motywacyjne. Piętnaście minut dobrych emocji, głośnych pochwał, dobrego jedzenia i intensywnej zabawy, przerywane krótkimi elementami posłuszeństwa (trzy kroki przy nodze, jedna zmiana pozycji, wysyłka po aport lub trzymanie aportu, prędkość w przywołaniu lub pozycja w przywołaniu itp). Mój pies wyraźnie chętniej chce przebywać w moim towarzystwie nie tylko na treningu. Ostatnio odwołałam go z odległości 30 metrów cichym "Nituś", gdy biegł przywitać się z ciociami i wujkami z klubu. Nie wierzyłam, że zareaguje, tak tylko cicho zawołałam, zastanawiając się, czy się w ogóle odwróci. Wiem, że odwołałby się bez problemu, gdybym podała komendę DO MNIE głosem nie znoszącym sprzeciwu, ale tym razem tylko miękko powiedziałam jego imię. I tyle. A mój pies, zawrócił łukiem i pogalopował do mnie. Aż mi się ciepło na sercu zrobiło.


piątek, 20 maja 2016

Dziecko i pies - podstawy wspólnego życia. Post subiektywny.


Przemierzając otchłanie Internetu, co chwilę natykam się na zdjęcia, posty czy filmiki, które powodują u mnie podwyższenie ciśnienia oraz palpitacje serca. I nie mówię tu o okrucieństwie wobec zwierząt, tylko o codziennych scenkach z życia psów i ich kochających właścicieli. Post jest oczywiście jak najbardziej subiektywny, wyrażam swoje i tylko swoje zdanie.

Mam kilka porad, które może wydadzą Ci się Rodzicu pomocne. Przeczytaj, wykorzystaj, podaj dalej. Oto one:

Nigdy nie kupuj psa dla dziecka. Pies nie jest zabawką, a dziecko nie jest w stanie podołać obowiązkom z nim związanych. Ja wiem, że dziecko płacze, że chce pieska, ale w zeszłym tygodniu tak bardzo chciało chodzącą lalkę, a dwa tygodnie temu rakietę tenisową. Maluch nie rozumie co to znaczy "na całe życie", skoro nie wie nawet co oznacza "pójdziemy do zoo w następną sobotę". Narzucanie odpowiedzialności za swoje słowa dziecku jest po prostu nie fair. Wobec dziecka i psa. Mała Zuzia mówiąc "Będę go wyprowadzała na spacery, karmiła i czesała" naprawdę tak myśli. Jest przekonana o prawdziwości swoich słów. Tak jak chwilę później zakochuje się na całe życie w koledze z klasy. Taki urok dojrzewania. Rodzicu, Ty już dojrzałeś, więc podejmuj decyzje rozważnie i nigdy nie kupuj psa dziecku. Natomiast gorąco zachęcam Cię, byś kupił psa sobie. Bo nie ma nic piękniejszego niż przyjaźń dziecka i psa.



Jeśli pod Twoim dachem mieszka dziecko i pies, upewnij się, że oboje mają swój pokój. Wiesz jak ważne jest to dla dziecka, wyobraź sobie, że dla psa takie miejsce jest jeszcze ważniejsze. Gorąco polecam kennel klatkę, która potrafi dla psa stać się najlepszym schronieniem, ale może też być zwykły materacyk z kawałkiem koca (temat kennel klatki to post rzeka, kiedyś się do niego przymierzę). Co odróżnia miejsce psa od reszty domu? To, że jest jego i nikt, absolutnie nikt włączając w to dziecko, nie ma prawa go tam zaczepiać. Dorosły pies potrzebuje ok. 20 godzin snu na dobę. Podaruj mu miejsce, gdzie zmęczony będzie mógł uciec przez zgiełkiem. 

Dziecko musi umieć uszanować strefę osobistą psa. Dobrze wychowany pies powinien też szanować strefę osobistą dziecka. Na czym to polega? Pies nie powinien zabierać dziecku jedzenia z ręki, deptać malucha czy uwalać się na nim swoim ciężarem. Dziecko natomiast nie powinno przytulać twarzy do psa, obejmować go rękami, ciągnąć, szczypać czy zmuszać do jakiegokolwiek zachowania siłowo. Rodzicu uświadom sobie, jak bardzo to jest niebezpieczne. Pamiętaj, że pies nie mówi, a jako drapieżnik instynktownie ukrywa ból. Jeśli mały Jaś podbiegnie do swojego ukochanego psa i jak zwykle rzuci mu się na szyję z okrzykiem "Kocham Cię Fafiku", a pies akurat obudził się rano z potwornym bólem ucha, to odruchowo spróbuje się uwolnić. Jego zęby będą na wysokości twarzy Twojego dziecka. Myśl zawczasu. Naucz dziecko, żeby nigdy nie podchodziło do psa. To pies ma podchodzić do dziecka. Tak jest bezpieczniej. Jeśli pomożesz im zbudować dobre relacje, oparte na zaufaniu i szacunku, pies będzie biegł do dziecka, jak tylko usłyszy swoje imię. Jeśli jednak wiesz, że Twój pies w życiu sam nie podejdzie do dziecka, choćby go wołało od rana do wieczora, to zdaj sobie sprawę, że między nimi się nie układa. Poszukaj przyczyny, zanim dojdzie do tragedii.



Naucz siebie, a potem swoje dziecko, jak odczytywać sygnały wysyłane przez psa. Bo pies stara się z nami komunikować tak, jak umie. Jest kilka podstawowych min czy gestów, wspólnych wszystkim psom, chociaż może się zdarzyć, że nie będziesz w stanie ich u swojego czworonoga zauważyć. Trudno zobaczyć podkulony ogon, gdy pies ma go w szczątkowej formie czy zmrużone oczy, gdy pies ma grzywkę. Na szczęście im więcej psa obserwujesz, tym bardziej jego postawa ciała będzie dla Ciebie czytelna. Na początek zabierz swojego psa do weterynarza. Tym razem jednak nie spiesz się, nie klikaj na telefonie, nie głaszcz machinalnie Reksa, tylko usiądź wygodnie i zacznij go obserwować. Staraj się zauważyć postawę ciała, położenie ogona, uszu, oczu. Tak właśnie wygląda Twój pies w stresie. Jeśli zauważysz u niego podobne objawy podczas zabawy z dzieckiem, przerwij ją i zastanów się dlaczego pies po prostu nie odszedł. Bo zrównoważony pies salwuje się ucieczką w sytuacji niekomfortowej. Jeśli ma taką możliwość. Jeśli nie, może zacząć się bronić. A tego nie chcemy, prawda?

Naucz swoje dziecko jak dotykać psa. Sam też się naucz. Pies nie lubi głaskania po głowie, godzi się na nie, bo się do niego przyzwyczaił. Wciąż jednak nie sprawia mu przyjemności. Większość psów uwielbia za to głaskanie pod brodą czy za uchem. Pies nie lubi przytulania i obejmowania, które uniemożliwia mu potencjalną ucieczkę. Natomiast uwielbia drapanie po brzuszku, gdy sam uwali się obok nas. Wiele psów lubi też przytulać się do swoich ludzi, kłaść im głowę na ramieniu. Pies zdecydowanie nie lubi pochylania do niego twarzy, chociaż niektóre reagują na to jedynie lizaniem człowieka po niej, inne mogą po prostu zaatakować. 



Pozwól swojemu psu warczeć. Wbrew pozorom to podnosi poziom bezpieczeństwa w Twoim domu. Jeśli Twój pies warczy na Ciebie czy  Twoje dziecko przy jedzeniu lub wylegując się na kanapie, to "wiedz, że coś się dzieje". Zdecydowanie musisz to z psem przepracować, pokazać mu, że człowiecza ręka przy misce jedynie dodaje, nigdy nie ujmuje, a kanapa nie jest psim posłaniem. Jeśli natomiast Twój pies zacznie warczeć podczas zabawy z dzieckiem lub innej sytuacji, w której normalnie tak nie robi - to znak, że należy natychmiast zaprzestać czynności wykonywanej na psie. Zanim pies zdecyduje się kłapnąć zębami. Warczenie najczęściej jest drugim etapem ostrzegania. Pierwszy to zesztywnienie czy inne oznaki stresu (oblizywanie się, nerwowe spojrzenia rzucane na boki), potem następuje warczenie z obnażaniem zębów, następnie pies kłapie zębami tuż przy ciele człowieka (może zadrasnąć skórę). Jeśli zignorujemy je wszystkie, to znajdujemy się na równi pochyłej nierzadko prowadzącej do pogryzienia. Warczenie jest dla nas bardzo czytelne, jeśli zabronimy psu warczeć, oduczymy go tego, usuniemy skutek, nie przyczynę. A nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż pies, który nie ostrzega przed atakiem. 



Pies jest najlepszym przyjacielem człowieka, a dzieci wychowywane ze zwierzętami wyrastają na ludzi odpowiedzialnych i wrażliwych na krzywdę innych. Aby tak się stało, musimy jednak przyłożyć się do wychowania zarówno dzieci, jak i psów. Na koniec zostawiam Was z filmem, do którego polskie napisy dodała Gregoria - Centrum Kynologiczne. Obejrzyjcie go bardzo uważnie.