wtorek, 17 października 2017

Semi z Markusem Mohrem

 

W słoneczną, październikową niedzielę w naszym klubie odbyło się seminarium prowadzone przez Markusa Mohra, trenera austriackiego klubu H S T C. Byłam na wielu semi, oglądałam pracę wielu trenerów i nigdy nie byłam bezkrytycznie nastawiona do prezentowanych przez nich metod pracy, tym razem wymiękłam. Zostałam absolutnym fanem Markusa. Na semi oczywiście wybraliśmy się z Nitrem, aczkolwiek więcej wyniosłam jako obserwator tym razem. 

Markus przyjechał do UK na organizowaną w Birmingham Working Dogs Conference, a dzień po niej zawitał do nas. Przyjechał ze swoją żoną - Lydią (również trenerem w HSTC) oraz przyjacielem - tłumaczem Paco. Markus szkoli psy jedynie motywacyjnie/pozytywnie, nie używa elektryki, kolców, ani innych metod awersyjnych. Uważa, że dobrze wyszkolony pies nie potrzebuje korekt. Jeśli pies popełni błąd, trzeba nad tym przejść do porządku dziennego, bo każdy popełnia błędy. Jeśli natomiast pies powtarza błąd, to znaczy, że nie jest wystarczająco dobrze nauczony danego zachowania. Wtedy, należy obniżyć wszelkie emocje i przepracować problem, cofając się do poprzedniego etapu. Psy Markusa noszą szerokie obroże poza placem i łańcuszek treningowy na placu. Komendy mają wydawane ostrym tonem, dosyć głośno, w języku stworzonym do wydawania poleceń, czyli po niemiecku. Od początku szkoli swoje psy spalając miskę, psy jedzą na śladzie lub ćwiczeniach posłuszeństwa, ale nie zgadza się na głodzenie psów. Każdy jego podopieczny ma możliwość codziennego zapracowania na pełną miskę. Markus uważa, że głodny pies, abstrahując od moralnej strony tego problemu, pracuje ze złych pobudek. A to jest kluczowe przy wszystkich egzaminach, zawodach itp. Pies nie może się bać, że zdechnie z głodu, bo to włącza instynkt przetrwania, a wyłącza mózg. Psy w klubie HSTC zaczynają pracę w wieku kilku tygodni, zaraz po odebraniu ich z hodowli. Uczą się tropienia, poszczególnych ćwiczeń z posłuszeństwa oraz całego schematu obrony bez pozoranta. W wieku 6 miesięcy, po wymianie zębów mlecznych na stałe wychodzą na jeden trening z pozorantem, na którym sprawdzany jest ich popęd, czy mają genetycznie przekazane predyspozycje do tego sportu. Jeśli wszystko jest w porządku, psy ćwiczą dalej bez pozoranta. Markus nie zaczyna pracy z pozorantem, dopóki pies nie jest nauczony bezbłędnie całego schematu części C. Nie ma sensu wprowadzanie nowych ćwiczeń psu, który pracuje na podwyższonych emocjach. Pies najpierw musi się nauczyć, potem wyrobić w sobie nawyk, a dopiero później wprowadzane są rozproszenia i inne trudności w pracy. Markus uczy swoje psy całego schematu do IPO-3 bez pozoranta z rękawem, nagradzając psy piłką. Podstawową zasadą w jego treningu jest równowaga między rękawem, piłką, a jedzeniem. Dobrze wyszkolony pies jednakowo pragnie wszystkich tych nagród. Nie czuje się zawiedziony, gdy za konwój tylny, zostaje nagrodzony piłką lub kawałkiem mięsa. Ale po kolei.



Markus uważa, że zarówno PUŚĆ musi być bezkonfliktowe, jak i oszczekanie w rewirze. Dlatego całego ćwiczenia rewirowania wraz  oszczekaniem uczy za pomocą elektronicznej wyrzutni do piłek. Na początek wiesza wyrzutnię do piłek na dachu namiotu nr 6, podchodzi tam z psem i na jego oczach wrzuca piłkę do wyrzutni. Potem przewodnik staje obok psa i nie spuszczając oczu z wyrzutni, cierpliwie czeka. Pies będzie chciał dostać się do piłki na różne sposoby, aż osiągnie taki stan frustracji, że zacznie szczekać. Pierwszy szczek nagrodzony jest natychmiast wyrzutem piłki. Ważne w tym ćwiczeniu, by przewodnik wpatrywał się w wyrzutnię, by pies, gdy poszuka pomocy u przewodnika zauważył, że tamten wgapia się w wyrzutnię jak w boga. Bo tam jest odpowiedź na wszystkie psie bolączki. Wyrzutnia jest absolutnie bezkonfliktowa, nie ma zmiennych nastrojów, nie przeraża psa rozmiarami, nie daje się zastraszyć, reaguje tylko i wyłącznie na oszczekanie. Powoli, przewodnik wycofuje się po jednym kroku, aż osiągnie regulaminową odległość od namiotu. Oczywiście wszystkie kroki podyktowane są komfortem psa w tym ćwiczeniu, jeśli pies traci pewność siebie, przewodnik wraca do etapu poprzedniego, by służyć psu wsparciem. Gdy już opanujemy odległość, wracamy do bliskiego kontaktu z psem i zaczynamy wprowadzać kąty wysłania do rewiru. Powoli oddalamy się coraz bardziej, aż będziemy wysyłać psa z regulaminowej odległości. Potem wracamy do namiotu i zaczynamy uczyć psa odwołania od oszczekania z nagrodą w ręku. I tak pies jest raz nagradzany przez maszynę w rewirze, a raz przez przewodnika po odwołaniu od namiotu. Docelowo wyrzutnia piłek znajduje się w każdym namiocie, pies powinien obiec pięć namiotów, a w szóstym dopiero zrobić oszczekanie. Jeśli jednak do któregoś z pośrednich namiotów pies pobiegnie wyjątkowo szybko i chcemy go nagrodzić, to mamy szansę, wystarczy wcisnąć guzik w pilocie i piłka trafia do psiego pyska. Na każdym etapie wyszkolenia naszego psa, niespodziewanie możemy go nagrodzić za super wykonanie dawno nauczonego ćwiczenia. Oszczekania człowieka uczymy zupełnie osobno, poza namiotem, poza schematem obrony. Potem zaczynamy nakładać człowieka na oszczekanie wyrzutni piłek w namiocie. Człowiek w tym namiocie stoi, ale nie wchodzi z psem w żadne relacje. Pies wciąż jest nagradzany z wyrzutni. Potem obok człowieka znajduje się rękaw na ziemi, nagradzanie wciąż to samo, na koniec w namiocie stoi w pełni ubrany pozorant z rękawem, ale to wszystko wciąż jest tło do wyrzutni. Finalnie likwidujemy wyrzutnię, a pozorant przejmuje rolę wyrzucania piłki psu. Pies nigdy nie dostaje rękawa do ugryzienia w namiocie.



Po rewirze z oszczekaniem, wyprowadzamy psa na miejsce do ćwiczenia ucieczki. Do tego również nie używamy pozoranta. Wypracowujemy z psem schemat, nagradzając wysłaniem psa do przodu - tam, gdzie docelowo będzie uciekał pozorant, a na razie jest to kierunek, w którym leci piłka wystrzelona z wyrzutni w momencie wypowiedzenia komendy przez przewodnika. Tym sposobem ćwiczymy wszystko, co chcemy, spokojne chodzenie przy nodze, spokojne oczekiwanie na komendę oraz błyskawiczny bieg. 



Do trenowania konwoju tylnego i bocznego będzie potrzebny nam drugi człowiek z widoczną piłką, do której psa wysyłamy albo... nie. Bo naszemu psu jest obojętnie czy zostanie nagrodzony piłką widoczną w ręku pomocnika czy wyjętą z kieszeni przez nas. Jak już pies doskonale zna schemat konwoju, ubieramy pozoranta w rękaw i nadal nagradzamy psa piłką. Przy konwoju bocznym prowadzimy pozoranta ubranego w pełny strój z rękawem, który pod prawą pachą ma piłkę i to nią nagradza. To uczy naszego psa nie spuszczania wzroku z pozoranta bez jednoczesnego wychodzenia do przodu i uporczywego zaglądania w stronę rękawa. Dodatkowo do ćwiczeń, kiedy pies ma być przy nodze przewodnika ze wzrokiem wbitym w pozoranta, Markus uczy swoje psy ciągłego  fizycznego kontaktu z nogą przewodnika. Przewodnik robi krok w przód, tył, w bok, a pies przesuwa się wraz z nim, bo stara się cały czas opierać o nogę swojego człowieka. To gwarantuje po pierwsze doskonałą pozycję psa przy nodze podczas konwojów, a po drugie doskonałą reakcję psa na wszelkie zmiany pozycji przewodnika. Dodatkowo, jako bonus, pies może otrzymać delikatną pomoc od przewodnika, kiedy jednocześnie z komendą następuje lekki ruch naszej nogi w stronę psa. Markus tak wysyła swoje psy do długiego ataku. Nie trzyma psów za obrożę na początku ćwiczenia, tylko wydaje komendę do opierania się o nogę. I tak pies spokojnie może obserwować poczynania pozoranta bez rozdzielania uwagi pomiędzy krzyki pozoranta a komendę wydaną przez przewodnika, bo poczuje ją fizycznie. Najbardziej czytelna ze wszystkich wskazówek. 



Na koniec Markus zdradził nam jak przygotowuje psa do zawodów. Otóż cztery tygodnie przed zawodami zaczyna łączyć poszczególne ćwiczenia w schemat i opóźnia nagradzanie. Czyli najpierw nagradza psa po ćwiczeniu w grupie, później dopiero po pozycjach, następnie po aportach, a na koniec po wysyłaniu naprzód. I tu uwaga dodatkowa - pies nigdy nie pracuje za darmo. Zawsze jest nagrodzony, nawet na zawodach najwyższej rangi, nagroda jest po prostu bardzo przesunięta  w czasie. Dwa tygodnie przed zawodami, Markus zaczyna nagradzać psa za wszystko, nagrody sypią się jak z rękawa. Czysta radość i zabawa. Dodatkowo Markus ćwiczy z psem jedynie skupienie, rozproszenia, motywację i przedłużanie koncentracji. Uważa, że nie ma co ćwiczyć poszczególnych elementów, bo jeśli wystawił psa do zawodów, to pies jest do nich przygotowany, Teraz czas przypomnieć psu, że warto być skoncentrowanym na przewodniku bez względu na rozproszenia. To samo po zawodach. Pierwsze treningi po, to nie czas na odpracowywanie tego, co się nie udało, tylko  na czyste treningi motywacyjne. 



Ostatnie uwagi Markusa dotyczące już bezpośrednio naszej pracy z Nitkiem:
- na obronie - Be silent, be happy - czyli nie wydzieraj się jak potłuczona, wspieraj psa po cichu i puchnij z dumy i radości
- na obronie - wyrób w psie poczucie, że to taka gra, w której chodzi o wygranie rękawa. Dobry pies IPO ma podejście "wygram tę grę, rękaw będzie mój, choćbyś nie wiem co próbował zrobić.". Pies powinien mieć poczucie bezpieczeństwa, czystą głowę i jasne zasady. 
- na posłuszeństwie - pies powinien być nagradzany szybko (do 4 sekund po sygnale nagrody) i fajnie by było, gdyby nagroda następowała w pozycji. Np. nagroda za stój w marszu -> piłka szybuje nad głową psa; nagroda przy warowaniu w marszu -> piłka przelatuje za psa obok jego głowy, by najbardziej efektywnym ruchem był wyrzut ciała w lewo lub prawo z warowania, bez wstawania; nagroda za chodzenie przy nodze -> piłka wydawana psu w pozycji. I tu dodatkowa uwaga: wszystkie niedoskonałości w chodzeniu przy nodze niwelujemy nagradzaniem w dobrym miejscu. Pies nas wyprzedza - nagroda za psem, pies nas nachodzi - nagroda wyrzucana w lewo; pies zwalnia - nagroda wyrzucana do przodu itp. Markus mówi, żeby chodzenie przy nodze zawsze ćwiczyć z pomocnikiem, z którego nie spuszczamy wzroku, a on nie spuszcza wzroku z psa. Pomocnik daje nam sygnał do zwolnienia psa do nagrody i to pomocnik nam mówi, gdzie ta nagroda powinna się znajdować w dzisiejszym treningu. 
- na posłuszeństwie - przenieść koncentrację psa z oczekiwania na nagrodę po usłyszeniu klikera na oczekiwanie na klik. Na początek klikać po chodzeniu przy nodze, a potem naciągać skupienie psa w pozycji przy nodze. W tym celu nagroda musi być podana w pozycji.
- na posłuszeństwie - szanuj swojego psa i nigdy nie proś go o wykonanie czegoś, czego go wcześniej nie nauczyłaś. Jeśli wprowadzasz nowy element (w moim przypadku była to widoczna piłka na ramieniu), nie proś o dostawienie się do nogi, tylko pomóż psu smakołykiem. Pokaż mu, że nowe warunki nie zmieniają starych założeń. Dobrze wyszkolonemu psu wystarczą, dwa, trzy wykonania ćwiczenia z pomocą, by wyrobił nawyk ignorowania nowości. Nigdy nie prosimy psa o coś, czego pies nie zna w 100%. Pies na treningu ma mieć czystą głowę, ma doskonale wiedzieć co dokładnie ma zrobić po usłyszeniu konkretnej komendy. My wprowadzając nową rzecz do treningu, np. nową pozycję nagradzania, wyrzut piłki itp, powinniśmy sobie to przećwiczyć bez psa. Dajmy sobie również szansę na nauczenie się czegoś nowego.



I jeszcze kilka słów o zachowaniu mojego najpiękniejszego Gwiazdora. Nitro był bardzo skupiony, ciężko pracował i bardzo mu się podobało. Markus pochwalił jego emocje w posłuszeństwie, jego chęć do pracy i pozycję przy nodze. Natomiast w obronie pochwalił jego świadomość, że pozoranta aktywuje się szczekiem. Powiedział, że Nitek ma świadomość, że to on musi zapracować na moją uwagę, a nie odwrotnie i to było bardzo miłe. Poza ogólnym wrażeniem tego dnia na placu wydarzyły się trzy piękne rzeczy.

Po pierwsze - Nitro przepięknie zostawał. Na pierwsze wejście wszedł spłoszony liczbą osób siedzących na krzesełkach, głośno gadających, jedzących itp. Zostawiłam go na waruj i odeszłam nie przyjmując pełnej wyprostowanej sylwetki, więc Nitek ruszył za mną niepewnie "Mamo, mamooo, bo ja nie wiem co mam zrobić". Odwróciłam się do niego i ze śmiechem skomentowałam "Synek, no co to tu się stało, co ty to wyprawiasz, no jak to tak". Nitro wskoczył w pozycję, zawarował z impetem (PAC!) i został w warowaniu z pełnym przekonaniem ("Już wiem, wiem doskonale co mam robić. Pracujemy, ci ludzie to tło"). Z trybu pracy nie wyszedł do samego końca. W środku posłuszeństwa zawarowałam go, żeby porozmawiać z Markusem- Nitek leżał kilka minut nie spuszczając wzroku z mej twarzy. Bez rozglądania się, podpatrywania na ludzi, podsikiwania, wąchania trawy itp. Pełne, rozluźnione skupienie. Na obronie pozostawiłam go w znanej pozycji i pies nie miał żadnej wątpliwości co ma robić. Jednak warunki mocno się zmieniły, ludzie zaczęli się żegnać, jakieś dzikie tłumy ruszyły, Nitro dzielnie wytrzymywał, dopóki nie stracił mnie z oczu. To było za dużo, znów niepewnie wstał. Jednak dał się poprawić i wrócić w tryb pracy. Oczywista, gdybym wiedziała, że tak się to potoczy, dałabym psu więcej wsparcia, mnie samą zaskoczyła sytuacja na placu (wszystko widać na filmikach).



Po drugie - Nitro najpiękniej na świecie zignorował wszystkie psy towarzyszące, łącznie z dużym, niekastrowanym maliniakiem, który na niego nawarczał. Nitro mo moim radosnym zaświergoleniu "Ej, chłopaku, chodź, idziemy" wyminął się z tym psem w odległości ok. 1,5 metra, nie nawiązując nawet ponownego kontaktu wzrokowego. Jakby ten pies wyparował, przestał istnieć, bo on teraz jest ze mną i pracuje. Ta sytuacja zdarzyła się trzy razy, raz na placu treningowym i dwa razy na parkingu, kiedy to Nitek na flexi szedł się wysikać. Za każdym razem po moim radosnym przypomnieniu, że halo - jesteśmy tu razem - Nitro rozluźniał mięśnie i ignorował psa całkowicie. Mój boski pies <3.

I trzecia sytuacja, która po prostu wbiła mnie w dumę, nastąpiła na posłuszeństwie. Markus powiedział: "Przywołaj psa do pozycji i rusz przed siebie z prawej nogi". Odpowiedziałam "Jak ruszę z prawej nogi, to mój pies zostanie". Markus zapytał dlaczego, ja odpowiedziałam, że tak został nauczony, na co Markus odparł: "Pokaż". Ja w tym momencie już wiedziałam, że się nie uda. Że na bank Nitro ruszy, ale nie będzie wiedział czy powinien czy nie, więc spuści głowę i zrobi pół kroku i wszystko będzie brzydkie. Bo mam nową piłeczkę, która go trochę wybiła z rytmu, bo jestem zestresowana itp. No ale, teraz już nie mogłam się wycofać. Dziarsko podniosłam głowę i ruszyłam do przodu z prawej nogi. Nitro bez mrugnięcia powieki pozostał wyprostowany w pozycji. Wróciłam do psa i ruszyłam z lewej nogi, Nitro wyprostowany ruszył ze mną. Ach <3. Byłam tak zachwycona, że po raz pierwszy nagrodziłam go prawidłowo - szybko i w pozycji. Jakiż ten pies jest genialny, tego się nie da opisać. 



To by było na tyle. Myślę, że z Markusem spotkamy się jeszcze nie raz, choćbym miała pracować na cztery zmiany, by móc jeździć do niego na treningi. Ten człowiek pokazał mi, że wszystko, w co wierzyłam dotychczas, faktycznie działa i przynosi niesamowite efekty. Pokazał mi też praktyczną stronę wszystkich ćwiczeń. No i udowodnił, że IPO może być pięknym, trudnym, wymagającym sportem, w którym para pies - przewodnik stanowi pełnowartościowy team, oparty na zrozumieniu i szacunku. Dla zainteresowanych zamieszczam filmy z obu częsci seminarium - posłuszeństwo <KLIK> i obrona <KLIK>.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Warsztaty z Craigiem Ogilviem oraz porażka na egzaminie tropieniowym


Na sobotę, 15 kwietnia, udało mi się umówić w dwóch miejscach jednocześnie. Rano umówiona byłam na podejście do egzaminu FPR1 w Cannock, natomiast po południu mieliśmy wziąć udział w warsztatach z Craigiem Ogilviem w Sandbach (odległość między miastami wynosiła ok 80 km, godzina jazdy w sprzyjających warunkach drogowych). Ja nie dam rady? Potrzymaj mi piwo :).

Wstaliśmy raźnie o 5:30, by o 8:00 zameldować się na polach. Tam, nauczeni już cierpliwości przez dwa lata życia w UK, spokojnie czekaliśmy ponad godzinę, aż przyjedzie reszta zawodników wraz z organizatorami i duńskim sędzią. Warunki tropieniowe były idealne. Trawa gęsta i dosyć wysoka (ok 15 - 20 cm), słońce świeciło delikatnie, więc podłoże było bardzo wilgotne, ale nie mokre. Idealne zarówno do tropienia, jak i oznaczania przedmiotów. No lepszych warunków sobie Nitro nie mógł wymarzyć. Psom sprawdzono mikrochipy, porównano je z książeczkami startowymi i zaczęło się ustalanie kolejności wyjść. Wylosowałam numer pierwszy, więc poszłam ułożyć ślad zgodnie z zaleceniami sędziego. Ślad był dosyć długi, w kształcie litery U, z dwoma przedmiotami (w połowie drugiej prostej i na końcu). Sędzie obserwował mnie jak układam ślad i gwizdał na zmiany kierunki i położenie przedmiotu. W tym czasie Tomek przestawił auto z Nitkiem w bagażniku, bym nie musiała daleko iść po psa. Gdy wróciłam do samochodu, mój pies był na granicy paniki, bo myślał, że tata go chciał uprowadzić. Oczy jak pięć złotych i paniczne dyszenie. Ohohoho, niedobrze. Wyciągnęłam psa z auta i od razu nakazałam wyrównanie do nogi. Pole było dosyć duże, w czasie marszu pies się wyraźnie uspokoił i rozluźnił. Zameldowałam się sędziemu, a Nitro koniecznie chciał się przywitać z Gregiem, który pełnił na zawodach rolę komisarza. Na krótkie NIE, Nit odpuścił. Podeszliśmy do znacznika, Nitro wszedł w tryb pracy idealnie. Ze wzrokiem wbitym w znacznik, podał mi obie łapy do przełożenia linki, a potem usiadł skupiony i spokojny. "To będzie dobry dzień" - pomyślałam. Spojrzałam na sędziego i po uzyskaniu sygnału do rozpoczęcia pracy, wesoło podałam komendę WĄCHAJ. Nitro wystrzelił do znacznika, głęboko zaciągnął się zapachem i ruszył jak po sznurku po śladzie. Ja zostałam i czekałam, aż odejdzie ode mnie na odległość 10 metrów, by móc ruszyć. Czekałam spokojna i pewna swojego psa. Nitro węszył. Po ok. 5 metrach nagle podniósł głowę i poszedł w lewo. Na całą długość linki. Tam się zatrzymał, po czym wrócił do mnie do nogi. Ja osłupiałam. Właśnie oblaliśmy egzamin, do którego przygotowywaliśmy się dosyć intensywnie od ostatnich 12 miesięcy. Szybko poszło. Pomyślałam, że skoro zapłaciłam już za ten egzamin, to sobie chociaż ten ślad zrobię, zbierając po drodze swoje przedmioty. Wysłałam psa ponownie. Przez pierwszą prostą musiałam powtórzyć trzykrotnie komendę WĄCHAJ, bo pies podnosił głowę i rozglądał się na boki. Pięknie zrobił załamanie pod kątem prostym, a potem oznaczył przedmiot. Wrócił do tropienia, ale po kilku kolejnych metrach znowu zszedł ze śladu i wrócił do mnie. Głosem nie znoszącym sprzeciwu wydałam ponownie komendę WĄCHAJ i pies znalazł drugie załamanie, a chwilę później zrezygnował z tropienia całkowicie. Usiadł na śladzie i patrzył przed siebie. Siedział tak minutę, a ja stałam i powtarzałam w obu językach "Nie wierzę w to, co widzę. Co tu się do cholery dzieje". W końcu wrócił do mnie, wszedł między moje nogi i położył się na grzbiecie. Zrezygnowana podałam mu komendę SZUKAJ, by odnaleźć przedmiot i w końcu zejść z tego pola. Nitro spojrzał na mnie i.... zaczął intensywnie kopać. Postanowiłam kontynuować ślad sama, by odnaleźć ten cholerny przedmiot. Nitro mnie wyprzedził, znalazł go i oznaczył, a ja mogłam się odmeldować i zejść z pola. Przeprosiłam sędziego za marnowanie jego czasu i wciąż nie dowierzając w to, co się właśnie wydarzyło, poszłam na parking. Nitro szedł przy nodze na kontakcie. Szczęśliwy i przepełniony energią. Mój kochany małżonek powiedział "Nie martw się, tam się właśnie wydarzyło coś tak nieprzewidywalnego, że nie dało się do tego przygotować". Myślałam, myślałam, myślałam i nic nie wymyśliłam. Nie znam przyczyny tego zachowania. Uznaję po prostu, że pies nie był przygotowany do egzaminu i tyle. Nie poddajemy się, ćwiczymy dalej, w przyszłym roku, mam nadzieję, wszystko pójdzie zgoła inaczej. 


Na szczęście nie miałam czasu na załamywanie rąk, bo czekało nas jeszcze przecież seminarium w Sandbach. Prowadzący semi jest pozorantem monjoringu, który skupia się na relacji pomiędzy psem a jego opiekunem, podczas zabawy. Craig poświęcił dekadę swojego życia na zgłębianie tajników zabawy z psem, w marcu tego roku wydał książkę na ten temat. Książkę oczywiście kupiliśmy i jesteśmy w trakcie czytania. Warsztaty trwały dwie godziny. Na początku Craig przedstawił siebie i swoją teorię zabawy. Potem wychodziliśmy na kilkuminutowe sesje indywidualne. Każdy pies miał dwie sesje intensywnej zabawy. Nitro bawił się warcząc tak, że całą hala drżała. Bawił się najpierw z Craigiem, potem ze mną. Bez strachu, zaangażowany na 100%, koniecznie chcący wygrać, mocno angażując swoją masę, siłowo postanawiając przewrócić Craiga, a przynajmniej go nastraszyć. Hmmmm, wyglądał naprawdę fajnie. Potem Craig tłumaczył, że bawiąc się z dużym psem, należy pozwolić mu się trochę pociągnąć, by nie naprężać jego odcinka szyjnego kręgosłupa. Wtedy podjęłam decyzję. Zbiorę trochę kasy i zapytam Craiga czy organizuje również treningi bardziej IPOwe. 


niedziela, 19 lutego 2017

Obediencowe Zawody BCOS, 18-02-2016

 

Cóż to były za emocje! Ach, jak bardzo się cieszę, że wdzieliśmy z Nitkiem udział w zawodach organizowanych przez British Competitive Obedience Society. BCOS to organizacja, która stawia na dobrą relację pomiędzy psem a przewodnikiem. Oceniana jest oczywiście precyzja i szybkość wykonywania komend, entuzjazm i wszystko to, co normalnie jest oceniane podczas takich zawodów. Jednak tutaj to ta magiczna więź pomiędzy człowiekiem, a jego psem ma znaczenie nadzwyczajne. Ponieważ jesteśmy z Nitrem na początku naszej drogi w angielskim obidjensie, wzięliśmy udział w klasie najniższej, czyli pre-beginner. 

Z domu wyruszyliśmy o godz 5:45, by o 8:30 zameldować się w Peterborough. Oczywista po doliczeniu przerw na kawę, potem kanapki i jeszcze odsikanie psa, czas przybycia na miejsce przesunął się na 9:00. Nitro został w aucie, a my poszliśmy poszukać naszego ringu. W hali było kilkaset osób, kilkadziesiąt psów, około dziesięciu stoisk handlowych i sześć ringów oddzielonych od siebie białym sznurkiem. Na wszystkich ringach odbywały się występy poszczególnych zawodników. Sześć psów w tym samym czasie wykonywało różne ćwiczenia na ringach oddzielonych sznurkiem! Do wykonywanych ćwiczeń należało np. aportowanie lub.... zabawa szarpakiem. Pomiędzy ringami, na swoją kolej, oczekiwało kolejne kilkadziesiąt poddenerwowanych, rozgrzewanych przez swoich właścicieli gryzakami, szczekających psów. Po piętnastu minutach w tym rozgardiaszu zwątpiłam i poważnie zastanowiłam się, czy nie spakować psa i po prostu stamtąd nie uciec. Odhaczyłam się na liście startowej, pobrałam karteczkę z numerkiem (129) i poszłam po psa, jako że wchodziliśmy na ring jako dwunasta para (z pięćdziesięciu siedmiu). Wydawało mi się, że zaczniemy swój występ w ciągu dwudziestu minut. Nie doceniłam Anglików. W poczekalni spędziliśmy prawie dwie godziny. Nitro w tym czasie spalał się nieustannie warcząc i namierzając kolejne ofiary. Nie zaatakował nikogo, ale też byłam szczególnie czujna. Gdy wchodziliśmy na ring, obydwoje byliśmy wykończeni. 



Dawno już się niczym tak nie stresowałam, na szczęście po przekroczeniu linii ringu, liczył się już tylko Nitro i cały stres ze mnie spłynął. Udało mi się przekonać siebie i swojego psa, że to tak naprawdę tylko kolejny trening w dużych rozproszeniach. Nitro dał z siebie wszystko, całe sto procent swojej Nitrowej osoby. Kilkanaście razy nie wytrzymał i zerwał kontakt, by rzucić okiem na psa na ringu obok, ale sekundę później już był ze mną. To wszystko było dla niego bardzo, bardzo trudne. Ale dał radę, byłam z niego strasznie dumna. Myślę, że jeszcze kilka takich zawodów i  już żadne rozproszenia nie będą w stanie wybić Nitka z rytmu. Nie do przecenienia w takich zawodach jest to, że w klasie początkującej można psa nagradzać w ringu przed, po i pomiędzy ćwiczeniami. Takie oceniane zawody treningowe. Genialna rzecz. Łącznie zdobyliśmy 54,5 punkta na 60 możliwych, co niestety nie wystarczyło do zakwalifikowania się do Wielkiego Finału, który odbywał się w niedzielę. A szkoda. Ale po kolei.



Ćwiczenie pierwsze - Heel on lead (chodzenie przy nodze na smyczy), pkty 14/15. Nasze najlepiej wykonane ćwiczenie. Chodzenie przy nodze było dla nas czytelne, bo zwroty odbywały się pod kątem prostym. Dwa zwroty w prawo, obrót (Powinien być przez prawe ramię, ale tego nie umiemy, więc postanowiłam zrobić przez lewe. Gdybym nie miała psa na smyczy, pokusiłabym się o niemiecką zmianę, a tak bałam się, ze zaplączemy się w linkę) i dwa w lewo. Nitro wszedł na ring trochę rozkojarzony rozgardiaszem panującym w poczekalni, ale ładnie wszedł w  tryb pracy. Jego niepewność widać w skokach na komendę "Jak skaczą maliniaki?". Skacze trochę na pół gwizdka. Po wykonaniu pełnego ćwiczenia Nitro był z siebie zadowolony, wiedział, że mu dobrze poszło, więc był w stanie poddać się zabawie z całą energią, jaka w nim drzemała. Bardzo ładnie się przeciągał zabawką, nawet chętnie wskoczył na mnie łapami i podał mi gryzako-piłkę do dalszej zabawy. Po usłyszeniu komendy natychmiast przestał się nią interesować i wrócił do trybu pracy. <3

Ćwiczenie drugie - Recall (przywołanie), pkty 13,5/15. Tutaj ja się nie popisałam. Nitek bardzo ładnie ruszył przy nodze, by się ustawić na pozycji. Ja jednak zamiast wejść w rolę i udawać, że ćwiczenie się już rozpoczęło, byłam w totalnym rozluźnieniu, co zmieszało mojego psa. Nie wiedział, w którą stronę się obrócimy i się pogubił. To spowodowało jego lekkie rozkojarzenie i niepewność co do dalszych kroków. Nitu jest bardzo wrażliwy i jeśli coś mu się nie uda, bardzo wybija go to z rytmu. Pracujemy nad tym, by szybciej przechodził do porządku dziennego nad porażkami, ale póki co, jedna pomyłka pociąga za sobą kolejne. Na szczęście już bez wyraźnego spadku emocjonalnego. Ponieważ widziałam co się dzieje z moim psem, powtórzyłam komendę SIAD. Niepotrzebnie. Nitro zasugerował się, że to komenda do ruszenia, bo przecież zostaje się bez komendy. Mogłam też poczekać te dwie, trzy sekundy, aż komenda utrwali się w jego umyśle, a nie ruszyć od razu. Nitek ruszył ze mną. Poprawiłam go w pozycji i poszłam na miejsce do przywołania. Mój zestresowany pies rzucił okiem na ring obok, a tam...... pani wyrzucała koziołek do aportu. Nitrowi nawet do głowy nie przyszło ruszenie po ten koziołek, natychmiast wrócił do ćwiczenia. Przynajmniej ciałem, bo nie myślami. Gdy tylko pies popatrzył na mnie wydałam komendę do przywołania. Znów błąd. Wiedziałam, że był rozkojarzony, mogłam dać mu więcej czasu na skupienie. W momencie wydawania komendy, pies w ringu obok został wysłany do podjęcia aportu. Ten jeden rzut oka wystarczył, by Nitu nie usłyszał, co mówię. Powtórzyłam komendę w momencie jego wracania do trybu pracy, usłyszał, przybiegł. Minimalnie krzywo usiadł, ale pięknie i prosto dostawił się do nogi (a to najważniejsze). Nagrodziłam psa gotowaną wołowinką. Emocje u nas obojga już z powrotem były na odpowiednim poziomie, zapięcie psa na smycz spowodowało jego spokojne i aktywne oczekiwanie na dalszy ciąg treningu. Po odpięciu smyczy przetarłam zaśliniony rottweilerzy pysk (jeden malutki błąd i dwa spojrzenia na boki, dwa oblizania oraz tona śliny na pysku) i poprosiłam o pokazanie jak skaczą maliniaki. Tym razem Nit skakał bardzo entuzjastycznie i wysoko, na 150%.



Ćwiczenie trzecie - Heel free (chodzenie przy nodze na smyczy), pkty 18/20. We wszystkich wykonanych ćwiczeniach, Nitro idealnie odnalazł pozycję przy nodze. Nie inaczej było tym razem. Niestety tutaj już powoli widać zmęczenie psychiczne mojego showowego rottweilerka. Chodzenie stało się nierówne, kontakt urywany, pies bardzo chciał, ale już powoli nie dawał rady. Bardzo dzielnie z tym zmęczeniem walczył. Chodzenie przy nodze bez linki odbywało się po okręgu w obu kierunkach. W takiej figurze dopiero widać jak dobrze pies trzyma się nogi i jak bardzo reaguje na niewielkie zmiany kierunku przewodnika. U nas to kompletnie leży, bo w IPO-wym świecie (jak i europejskim obediencowym) wszystkie zwroty odbywają się pod kątem 90 lub 180 stopni. Zaczęliśmy od okręgu w prawo, wersji łatwiejszej dla psa. Wyszło jak wyszło, słabo technicznie. Po pierwszym okręgu nagrodziłam psa jedynie socjalnie i szybko z powrotem skupiłam na sobie w siadzie (dobry patent na zmęczonego psa). Powtórzyłam kilka ćwiczeń na skupienie. Nitro je lubi, są łatwe i bardzo dobrze mu znane. Nagrodzone jedzeniem. W końcu ruszyliśmy po okręgu w lewo. To dużo trudniejsza opcja, bo poprzez nasze niedociągnięcia techniczne, nachodziłam na psa, gasząc jego entuzjazm. Na szczęście rottweileru doskonale już sobie radzi z moimi niezgrabnymi ruchami i pomimo, że popychanie go powodowało spadek emocji, to bardzo szybko się poprawiał, bo wiedział, że przecież wszystko jest w porządku. Koniec ćwiczenia nagrodziliśmy długą i intensywną zabawą gryzakiem i zeszliśmy z ringu.

Wrażenie ogólne. W zawodach oceniano jeszcze: Desire & Drive (popędy i chęć do pracy), pkty: 4/5 oraz Teamwork & Overall Partnership (praca zespołowa i ogólne partnerstwo), pkty 5/5. Po wychwaleniu Nitra pod niebiosa, chciałabym pochwalić też siebie. Po pierwsze za doskonałe skupienie się na psie i tylko na psie. Po drugie za nie panikowanie po porażce, tylko wsparcie psa uśmiechem i autentyczne odczucie, że nic się nie stało. Po trzecie za naturalną pozycję podczas chodzenia (brak syndromu odstającej, sztywnej lewej ręki). Po czwarte za słuchanie komend Stewarda. Nareszcie to ogarnęłam. Po piąte i ostatnie za Double T (podwójne T), czyli Tits and Teeth (cycki i zęby) -> wyprostowana sylwetka i uśmiech. Dobra robota Mada. Dobra robota Nitro. Po zejściu z ringu poszliśmy do stoiska z zabawkami i kupiliśmy ogromną pluszową piłkę. Nitro był usatysfakcjonowany.

Oto film z zawodów - KLIK. Można oglądać w wersji HD.

piątek, 3 lutego 2017

Weekend treningowy z Jenny Gould, 31/01 - 01/02/2017


Ponieważ liczba miejsc na to seminarium była bardzo ograniczona, organizatorka zaproponowała wszystkim uczestnikom wybór jednego dnia, w którym będą pracowali z psami. Drugiego dnia mogli przyjechać jako obserwatorzy. Ja wybrałam niedzielę, bo w sobotę pojechaliśmy z Nitrem na regularny trening z Clicketricks. Następnym razem przyjadę na cały weekend. To seminarium było dla mnie trochę symboliczne. Dwa lata temu, kilka tygodni po moim przyjeździe do UK, udało mi się wkręcić na trening z Jenny jako obserwator. Bardzo mi się podobało, choć nie wszystko rozumiałam. Pojechałam tam głównie dla nawiązania kontaktów w psim świecie. Poznałam Corinne, która trenuje IPO ze swoją maliną Chascą. To ona dała mi namiar na Clickertricks. Napisałam obszernego maila do Markety (szefowej Clickertricks) i dostałam odpowiedź odmowną, nie mieli wtedy miejsc, terenu i ochoty na przyjmowanie nowych członków. Z braku laku postanowiłam sprawdzić jak nam pójdzie trening Working Trials, Dog Divingu i wciągnęłam się na rok w świat Agility. Po roku Marketa odezwała się do mnie ponownie, zapraszając na semi z Alem Bunyanem, reszta już jest wszystkim znana. Ale wracając do treningu z Jenny sprzed dwóch lat. Bardzo trudno było mi się na niego dostać, napisałam dziesiątki maili, prosiłam kilka osób, łatwo nie było. Obiecałam sobie wtedy, że na następny trening z Jenny pojadę już z psem. Dwa lata później, dostałam maila z zaproszeniem na weekend szkoleniowy, zaproponowano mi miejsce jeszcze przed otworzeniem zgłoszeń. Niesamowite uczucie. Tyle udało nam się z Nitrem osiągnąć przez te dwa lata, tyle kontaktów nawiązać, zaczynając praktycznie bez niczego. Bez znajomości, bez języka (bo ten mój zaawansowany poziom angielskiego w Polsce, okazał się poziomem bardzo podstawowym w UK). Wszystko wychodziliśmy, wytrenowaliśmy, mieliśmy jasny cel i ciężko na niego pracowaliśmy, więc udało nam się osiągnąć to, co zaplanowaliśmy. Że się tak górnolotnie wyrażę :).

Wracając do seminarium, Jenny ma bardzo fajne poczucie humoru, jest osobą bardzo energiczną, rzutką, głośno się śmiejącą, taką, jak lubię. Postanowiłam zwrócić się do niej o poradę: jak poprawić nasze zwroty w ruchu (Nitu wypracował niejako nad-zwroty, czyli  zakręca dupką bardziej niż jest to konieczne), jak poprawić nasz niemiecki zwrot (pies jest zbyt daleko ode mnie podczas zawracania) oraz jak umocnić trzymanie aportu (Nitro nie podgryza i nie żuje, ale trzyma aport delikatnie, więc jak podnosi głowę przy przywołaniu, aport przesuwa mu się w paszczy na tylne zęby). Obydwa wejścia praktycznie przegadałyśmy, na 20 minut było 20 minut konwersacji i w czasie dodatkowym 2 minuty treningu. Dobrze, że już rozumiem prawie wszystko po angielsku :). Zaczęliśmy od zwrotów. Jenny powiedziała, że w musimy zacząć ćwiczyć nie zwroty pod kątem 90 stopni, tylko najpierw chodzenie w kole czy owalu, potem fale, aż do delikatnego chodzenia tropem węża, co jest podobno dla psa najtrudniejsze. Mamy wymyślać tysiące kombinacji i bawić się chodzeniem przy nodze, by pies nauczył się nas czytać przez cały czas, i dostosowywać swoje ciało do naszego ruchu, a nie na pamięć wykonywać ostre zwroty w lewo. Dodatkowo Jenny zwróciła uwagę na nauczenie psa odczytywania delikatnych wskazówek, które powinnam mu dawać podczas chodzenia przy nodze. Należy myśleć o zwrocie tuż przed nim. Wtedy człowiek mimowolnie pochyla się w stronę, w którą będzie skręcać, jak motor na zakręcie. Spróbowaliśmy, Nitro był kompletnie pogubiony, nie potrafił w ogóle dostosować się do delikatnych zakrętów. Do przećwiczenia w formie zabawy. Zdecydowanie. Plan na poniższym zdjęciu.


Druga sprawa, zwrot niemiecki. Do przećwiczenia tegoż muszę zwolnić (oczywista oczywistość, o której jak zwykle zapomniałam) i nagradzać psa po zwrocie z ręki, nie piłką. Jenny uważa, że pies nagradzany wyrzutem zabawki, instynktownie robi duży łuk, żeby być gotowym do biegu. Nie wiem czy to kwestia dobrego nagradzania czy zwolnienia tempa, ale obydwa wykonane na seminarium zwroty, Nitro zrobił idealnie :). Jeśli chodzi o trzymanie aportu, Jenny zaproponowała odejście od koziołka formalnego i przećwiczenie pozycji z uniesioną głową (prezentowania aportu po powrocie) z rzeczami trudnymi do utrzymania. Przećwiczyliśmy trzymanie na plastikowych kubkach, gumowych wężach, sznurkiem z kilkoma plastikowymi wisiorkami na nim itp. Chodzi o przedmioty łatwo wypadające z pyska psa, jeśli nie będzie ich porządnie trzymał. Podobno to się przeniesie na nieruchome trzymanie koziołka. Zobaczymy ;)

Mam oczywiście kilka zapisków również z tej części semi, w której uczestniczyłam w roli obserwatora. Otóż, jeśli ćwiczymy z młodym psem lub uczymy psa czegoś nowego, powinniśmy ćwiczyć tylko jedną rzecz podczas jednej sesji. Np. siadu. Wtedy pies nie skupia się nad tym, jaką pozycję ma przyjąć (bo to wie, jeśli tylko to ćwiczymy), ale skupia się na idealnej pozycji lub prędkości, jednym słowem dąży do perfekcji znanego ćwiczenia. Warto nauczyć psa zatrzymania w ruchu w pozycji stojącej, by uczył się czytania naszego ciała. Ponieważ w IPO, gdy przewodnik staje, pies powinien usiąść, można rozróżnić pozycję stojącą przewodnika. Pozycja podstawowa - człowiek na baczność, pies siedzi. Pozycja z lewą nogą w wykroku (człowiek zatrzymany w pół ruchu, pies stoi). Jedno motto Jenny strasznie mi się spodobało: "Jeśli prosisz psa o więcej, nagródź go lepiej" (If you ask more from the dog, remember to reward more). Ważne! I ostatnia porada nie dla mnie, ale dla przewodnika psa nadaktywnego (lub młodego po prostu): Daj psu możliwość swobodnego biegania na treningu. Nie nagradzaj za samowolny powrót do przewodnika. Pozwól psu się nudzić. Nagradzaj (na początku bardzo intensywnie) każde przybiegnięcie na zawołanie, potem znów zwolnij psa. Budujesz w ten sposób idealne przywołanie i wyrobienie w psu nawyku wyczekiwania na przywołanie do pracy. (Uwaga, może nie dotyczyć rottweilerów, które się w swoim własnym towarzystwie nigdy nie nudzą :P).



Jeszcze chciałam powiedzieć kilka słów na temat zachowanie Niteczka w czasie tego seminarium. Niesamowicie fajne jest posiadanie psa, który pracuje bardzo równo, jest zaangażowany w ćwiczenia, spokojny i zmotywowany. Fajnie jest być pewnym zachowania swojego psa i skupiać się jedynie na problemie zgłoszonym do przepracowania. Daje to nieznany mi dotąd komfort :). Nitro leżał i czekał na swoją kolej, kiedy Jenny tłumaczyła mi teorię. I było to leżenie aktywne, tzn. cały czas wyczekiwał kiedy w końcu zaczniemy pracować. Na moje słowo rozpoczynające pracę skakał z radości. Pracował pięknie, wzbudzając ogólny zachwyt (nie tylko mój :)). Cztery osoby pytały skąd jest, z jakiej hodowli, ile ma lat i czy jest po rodzicach pracujących. Taki mały gwiazdorek mi wyrósł. W samochodzie grzecznie czekał na swoją kolej, a i na wybiegu nie wdał się w żadną awanturę z psem. Jednym słowem, czteroletni Nitro to psi ideał seminaryjny. 

Skrótowy film z seminarium. <KLIK> Jeszcze chciałam się pochwalić <3. Podobno jak zeszłam już z Nitrem i poszłam go odprowadzić do samochodu, to Jenny powiedziała, że jestem bardzo dobrym przewodnikiem ze świetnym timingiem i wyczuciem perfekcyjnego nagradzania swojego psa. Takie słowa uznania przez taką osobę! Rozpłynęłam się ze szczęścia.

Pełne filmy z seminarium - wejście pierwsze i wejście drugie. Tylko dla zawziętych :).


sobota, 3 grudnia 2016

IPO seminarium z Honzą Kunclem, 26-27/11/2016


Ostatni weekend spędziliśmy na seminarium z czeskim pozorantem, Honzą Kunclem. Honza zachwycił mnie swoją pracą i pełnym zrozumieniem psich potrzeb. Po raz pierwszy pracowałam z kimś, kto o moim psie wiedział więcej niż ja i potrafił dać mu dokładnie to, czego ten pies potrzebował. Po raz pierwszy w życiu widziałam Nitra, który walczył z pozorantem z pełnym zaangażowaniem, pewnie i radośnie na tyle, że po wygraniu rękawa, próbował go wcisnąć z powrotem pozorantowi w rękę. Po raz pierwszy mieliśmy rękaw w samochodzie po każdym zejściu z placu. Honza jest bardzo klarowny i czytelny dla psa, jest piekielnie szybki, ale przede wszystkim ma w sobie to coś. Coś, co powoduje, że psy uwielbiają się z nim mierzyć. 



W sobotę, na pierwszym wejściu Honza głównie sprawdzał nasze psy. Oszczekanie, ucieczka, gryzienie na lince. Na drugim wejściu głównie ucieczki. Następnego dnia jednak miał już dokładny plan na każdego psa uczestniczącego w seminarium. Nitro dostał kilka markowanych ataków, które jednak nie kończyły się ugryzieniem rękawa. Sfrustrowany lepiej gryzie. Ma pełny chwyt, ale przede wszystkim stara się zatrzymać pozoranta i odebrać mu rękaw z całych sił. Pod koniec dnia Honza nagradzał tylko dobre chwyty. Słabe wybicie psa kończyło się odsunięciem pozoranta. Po pierwszym przewróceniu się na plecy, wkurzony Nitro zerwał się i poprawił chwyt. Niedostatecznie szybko jednak, pozorant znów umknął. Nitro w miejscu zawrócił i zawisł na rękawie. Wkurzony, ale spełniony. Nawet przez moment się nie zawahał, nie przyszła mu do głowy myśl o rezygnacji. Schodził z placu zmęczony, ale dumny z siebie. A ja z nim. 



Taka pewność siebie i samodzielność zaowocowały tym, że mój pies zapomniał totalnie o mojej obecności na placu. Przestał na mnie zwracać uwagę. Pół nocy z soboty na niedzielę spędziłam na myśleniu, jak odzyskać kontrolę nad psem, nie wchodząc z nim w konflikt. W niedzielę przypominałam mu o sobie prosząc o przyjęciu pozycji siad lub waruj, zanim zwalniałam go do pozoranta. Nitro nie miał z tym żadnych problemów. Wprowadzanie zasad w gryzieniu wzbudziło jego konsternację, ale przyjął to naturalnie, bez mrugnięcia okiem. Ten pies jest po prostu fenomenalny. Już nie mogę się doczekać na następne semi :).

Film z semi.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Dog diving - spotkanie pierwsze


W pewien sierpniowy piątek wybraliśmy spróbować swoich sił w dog divingu. Ten sport od zawsze mi się podobał i wydawał się doskonały dla Nitra, który wodę uwielbia, skoki do wody uskutecznia, a jak już w wodzie znajduje się zabawka, to w ogóle jest wspaniale. Nasza przygoda trwała tym razem dwie godziny, ale pech chciał, że były to dwie godzinny nieustającej ściany deszczu. Pomimo ubrań przeciwdeszczowych, byliśmy z Mężem przemoknięci do cna. Co niezbyt pozytywnie wpłynęło na nasze samopoczucie. Nitro natomiast był zachwycony...... pływaniem w basenie. Ale zacznijmy od początku.

Wprowadziłam podekscytowanego psa na rampę do skoków i pytam pana instruktora co dalej. Na co on mówi, proszę rzucić piłkę i zobaczymy co się wydarzy. No to rzuciłam, Nitro rozpędził się na rampie i tuż przed skokiem wyhamował. I tutaj trza było go odwołać i zaznajomić z basenem poprzez skok z kładki do wychodzenia. Niestety straciłam czujność i Nitro postanowił zeskoczyć pionowo do wody. Poszedł na dno, odbił się i zaczął poszukiwania wyjścia. Niestety cały basen wyjścia nie ma, można było się z niego wydostać tylko za pomocą kładki. Jakiś pracownik z zewnątrz złapał mi psa za obrożę i nakierował go na kładkę. Nitro dopłynął, ale był dosyć mocno zestresowany. Zabrałam go z basenu i pobiegliśmy na psi plac zabaw, gdzie było kilka dużych piłek do wyboru. Nitek wybrał jedną i odreagował na niej wszystkie swoje lęki i frustracje. 


Wejście drugie skutkowało już byciem ostrożniejszym rottweileru. Nie zgodziłam się na skoki z rampy (rychło w czas :() i skakaliśmy sobie z kładki do wychodzenia z basenu. Od tego momentu mój pies pokochał dog diving. Ach, jakie cudowne zrządzenie losu, z góry pada, z dołu pada, a w wodzie jest tak przyjemnie. I jeszcze aportuje się piłeczki tenisowe. A po pływaniu można się wyszaleć z ogromną piłką na placu zabaw! Żyć, nie umierać. I tak przez bite dwie godziny.

Reasumując, mnie nie zachwyciło. Przede wszystkim zawiódł mnie poziom znajomości psiej psychiki prowadzących (zerowy) oraz brak logicznego planu zaznajamiania psów z tą, nową dla nich przecież, dyscypliną sportową. Ponieważ jednak Nitro, koniec końców, dobrze się bawił, myślę, że w ciągu kilku treningów zapomniałby o feralnym podtopieniu i zacząłby skakać do wody. Ja jednak jestem lekko zniechęcona.

Nie mówię jeszcze zdecydowanego nie, gdyż dostaliśmy zaproszenie do grupy regularnie ćwiczącej, na wstąpienie do której Małż. mnie gorąco namawia, argumentując, że przecież pies bawił się wyśmienicie. Zobaczymy. Na razie zachwyca mnie czystość i miękkość sierści Nitka, jego okrywa włosowa po dwugodzinnym odmaczaniu jest lepszej jakości niż po najlepszym SPA.


czwartek, 7 lipca 2016

Pies mój, najlepszy mój przyjaciel. Kocham Nitra.


Tytuł posta jest trochę przewrotny, no bo przecież to żadne odkrycie. Kocham Nitra od kiedy go pierwszy raz zobaczyłam, a nawet jeszcze wcześniej. Kochałam go już zanim się urodził :). Pierwszy mój wymarzony, zamówiony, wyczekiwany pies. Przebyliśmy długą drogę do miejsca, w którym jesteśmy teraz. Moje oczekiwania w stosunku do psa kupionego z hodowli były diametralnie różne od oczekiwań w stosunku do ukochanych adopciaków. Gdy Rico (pies mojego życia - FILM) zaczął robić postępy w posłuszeństwie, potrafiłam docenić każdy jego krok w dobrą stronę. Nitro okazał się być geniuszem już w wieku kilku tygodni, niczego się nie bał, był ciekawski i piekielnie inteligentny. Od razu zaczęłam szkolenie pod sport, nie zważając na jego rozwój emocjonalny. Do dzisiaj "puść" mamy bezwzględne. Oczywiście szkolenie zawsze było oparte na nagrodach i pochwałach, a poziom dostosowany do wieku szczeniaka, niemniej dzisiaj już wiem, że przy następnym szczeniaku skupię się na budowaniu relacji oraz nauce wspólnej zabawy, bo na tych podstawach można w dorosłym życiu zbudować wszystko. Nie mogę powiedzieć, że Nitra wychowałam źle - jest to pies bardzo towarzyski, dosyć samodzielny, chętnie współpracujący z człowiekiem, odrobinę rozpuszczony i przekonany o własnej nadzwyczajności :). Gdy przypomnę sobie jakim był agresorem za młodu, jestem zadowolona z jego przemiany. Niemniej wiem, że jako pies ze średnio rozwiniętym popędem łupu, nie potrzebował mojej obsesyjnej kontroli w przeciąganiu szarpaka, powinnam dać mu więcej swobody w zabawie i eksplorowaniu środowiska. Nie biję się w piersi, bo pierwszego szczeniaka miałam w wieku lat 16, drugiego w wieku lat 19, a następnego - Nitra - w wieku 33 lat. Przez czternaście lat zdążyłam zapomnieć czym się różni wychowywanie psiego dziecka od pokiereszowanego przez życie psiego staruszka, a tylko z takimi psami miałam do czynienia przez ostatnią dekadę. Krótko mówiąc - w szczenięcych latach więcej zabawy, przygód i nieskrępowanej swobody w zdobywaniu doświadczeń, a mniej szkoły. Odkrywcza myśl nr 1.


Nitro był zakupiony z myślą o szkoleniu obedience oraz - ewentualnie - IPO. On jednak urodził się, by tańczyć :). Jego ukochaną dyscypliną sportu jest agility. Przez rok szkolenia agilitowego poczynił ogromne postępy, bawiąc się przy tym doskonale. Dzięki jego zaangażowaniu i cierpliwości udało się nawet ze mnie - pokraki tanecznej - zrobić prawie przyzwoitego handlera. Ostatnio zauważyłam, że potrafimy przebiec cały torek złożony z kilkunastu przeszkód bezbłędnie. Nitro nie ma chwili zawahania która przeszkoda jest następna, udaje nam się porozumiewać coraz lepiej. Na torze staram się odzywać jak najmniej, stawiając raczej na gesty, nie słowa i to przynosi niesamowite efekty. Jeśli muszę go na torze odwołać z jakiegoś kierunku, poza gestami, dodaję cichutko wypowiedziane imię psa, by wytężył uwagę i zauważył, dokąd biegnę. Niesamowite porozumienie - FILM. Dodatkowo Nitro pewnego dnia sam zaskoczył i zaczął stosować na torze 2on2off (przełożył sobie ćwiczenia stacjonarne w domu, na ćwiczenia dynamiczne na torze); błyskawicznie zrozumiał zasady zmiany za psem oraz ślepej (nigdy nie udało mi się tego osiągnąć z Milenką) i sam postanowił pokonać swój strach przed kładką (jest ona dosyć chybotliwa niestety, co spowodowało jego upadek na plecy, gdy wbiegł na nią zbyt szybko i pod złym kątem kilkanaście tygodni temu) - FILM. Nie mam słów, by opisać jaka jestem z niego dumna i jak raduje mi się serce, gdy go widzę w takiej radości na torze. I nagle, ni stąd, ni zowąd, po roku zrozumiałam, że właśnie taką radość i taki poziom porozumienia chcę widzieć na treningach obi. Odkrywcza myśl nr 2.


Dwa tygodnie temu wybrałam się na Mistrzostwa Wielkiej Brytanii Rottweilerów w IPO, jako widz oczywista. Ponieważ IPO jest dosyć młodą dyscypliną na Wyspach, to i poziom psów znacznie różnił się o tego w Europie. Mistrzem UK (IPO-3) został jedyny pies, który ukończył wszystkie trzy części egzaminu z punktacją powyżej 70/100. Poważnie, jeden pies na siedem (!). Wśród tej siódemki była jedna suka, która zapadła mi w pamięć. Nie była ani dokładna, ani szczególnie ładna w pracy, ale była wesoła. Widać było, że na placu się dobrze bawi, a ze swoim przewodnikiem tworzą drużynę. Reszta psów bała się swoich przewodników i prezentowała wszystkie możliwe CS-y z niemym błaganiem w oczach o zejście z placu. Nie można im było zarzucić braku popędu czy odwagi w stosunku do pozoranta, to ich własny przewodnik powodował, że sztywniały i przestawały zwracać uwagi na pozoranta. W momencie mi się przypomniało dlaczego nienawidzę IPO. Wrażenie było tak silne, że musiałam odejść od ringu i pójść z własnym psem na spacer. Po zakończeniu egzaminów, a przed rozdaniem nagród nastąpiła kilkugodzinna przerwa, podczas której postanowiłam wykorzystać plac szkoleniowy i zrobić Nitrowi krótki trening. Na placu było bardzo ciepło i słonecznie. Nitro praktycznie nie zrobił nic. Wysłał się do jednego rewiru, do drugiego już nie. Chwilę pochodził przy nodze smętny i zmęczony, nagrodzony piłką złapał ją w zęby i uciekł do cienia. Wykorzystałam tę pogodę do walki z samym sobą i poćwiczyliśmy odłożenie w pełnym słońcu przez kilka minut. Oboje zeszliśmy z placu wykończeni. Podróż do domu zajęła nam prawie dwie godziny, a więc miałam dużo czasu do przemyśleń. Zdałam sobie sprawę, że poziom Nitra na treningach mocno odbiega od poziomu prezentowanego przez brytyjskie rotty na zawodach (rozbudziłam w sobie nadzieję na nowo). Niestety jego motywacja na treningu, na który nie ma ochoty jest zerowa, tym samym przedstawiamy sobą obraz jeszcze nędzniejszy niż wszystkie prezentowane tam psy. Naszła mnie refleksja: jakiż jest sens dopieszczania szczegółów, skoro one nie mają żadnego znaczenia, jeśli pies nie chce pracować? Odkrywcza myśl nr 3. Czym ja się różnię od tych przewodników, którzy mnie przerażają (poza  oczywistą różnicą używanych metod szkoleniowych)? Chcę tworzyć z psem drużynę na ringu, nie mam parcia na wygraną kosztem psa, ja tylko nie wiem jak to osiągnąć. Na ostatnim zjeździe z autostrady uderzyła mnie myśl, że przecież my potrafimy być drużyną na torze. Potrafimy rozumieć się bez słów, wspierać i absolutnie polegać na sobie. Dlaczego potrafimy to osiągnąć w agility, a w IPO / obi nie?


Tydzień myślałam, kombinowałam, planowałam, aż w końcu nadszedł dzień treningu. Treningu motywacyjnego. Wyciągnęłam psa z samochodu, wzięłam na smycz i przez całą drogę na plac do niego wesoło gadałam. Potem odpięłam smycz, podałam hasło PRACA, nagrodziłam (wszystko po staremu), następnie nagrodziłam nagrodziłam, nagrodziłam ponownie. Pies się trochę zdziwił i nastawił czujnie ucha. Poprosiłam psa o dostawienie się do nogi, za co dostał brawa, eksplozję radości i deszcz kurczaka. Nitro doszedł do wniosku, ze ze mną jest chyba coś nie ten tego, ale coraz bardziej mu się to podoba. Zrobiliśmy waruj w marszu, nagrodzone piłką. Zaraz po wyrzucie piłki usiadłam na trawie i zaczęłam psa wołać do siebie. Zdziwiony przybiegł, dostał kurczaka, a potem szarpaliśmy się piłką. Po stój w marszu, goniliśmy się po placu z piłką, a po treningu wysyłania naprzód piłkę wymieniliśmy na piłkę i zeszliśmy z placu. To znaczy, ja zeszłam, po Nitro po komendzie KONIEC został smutny na placu szkoleniowym z niemym pytaniem "Juuuuuuuż????? :(". Radosna, ale i zmęczona, poprosiłam psa, by wziął ze sobą wygraną na treningu piłkę i poszedł ze mną na spacer nad wodę. Pies był najszczęśliwszy na ziemi. Dwie godziny później wyszliśmy na trening obrony. Znów przez całą drogę pytałam psa wesoło czy wie, co teraz będzie i czy widzi pozoranta. Nitro ciągnął jak lokomotywa, a z odległości 20 metrów ciągnął szczekając. Postanowiłam trzymać go bardzo krótko, nie za smycz, a bezpośrednio za szelki, dając mu tyle wsparcia ile to tylko możliwe. Chciałabym, by Nitro miał świadomość, że na placu nie jest sam, że jesteśmy tam razem przeciwko pozorantowi. Po kilku chwytach, zbiegliśmy szczęśliwi z rękawem, a potem znów poszliśmy na spacer. Na spacerze Nitro próbował zachęcić mnie do treningu, dostawiając się do nogi i wyraźnie przeszukując mi kieszenie wzrokiem, szukając wybrzuszenia piłki. To był dobry dzień.


Plan treningowy. Nareszcie go mam! Treningi agility i obrony pozostaną jakie są, czyli doskonalimy umiejętności i szlifujemy porozumienie, natomiast treningi posłuszeństwa dzielą się na dwa rodzaje - trening motywacyjny i dłubanie szczegółów. Nad szczegółami pracujemy jedynie w domu i ogrodzie, kiedy motywacja psia naturalnie znajduje się na najwyższym poziomie, natomiast wszystkie treningi poza domem, te w parku i te na placu treningowym, są tylko motywacyjne. Piętnaście minut dobrych emocji, głośnych pochwał, dobrego jedzenia i intensywnej zabawy, przerywane krótkimi elementami posłuszeństwa (trzy kroki przy nodze, jedna zmiana pozycji, wysyłka po aport lub trzymanie aportu, prędkość w przywołaniu lub pozycja w przywołaniu itp). Mój pies wyraźnie chętniej chce przebywać w moim towarzystwie nie tylko na treningu. Ostatnio odwołałam go z odległości 30 metrów cichym "Nituś", gdy biegł przywitać się z ciociami i wujkami z klubu. Nie wierzyłam, że zareaguje, tak tylko cicho zawołałam, zastanawiając się, czy się w ogóle odwróci. Wiem, że odwołałby się bez problemu, gdybym podała komendę DO MNIE głosem nie znoszącym sprzeciwu, ale tym razem tylko miękko powiedziałam jego imię. I tyle. A mój pies, zawrócił łukiem i pogalopował do mnie. Aż mi się ciepło na sercu zrobiło.