poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Warsztaty z Craigiem Ogilviem oraz porażka na egzaminie tropieniowym


Na sobotę, 15 kwietnia, udało mi się umówić w dwóch miejscach jednocześnie. Rano umówiona byłam na podejście do egzaminu FPR1 w Cannock, natomiast po południu mieliśmy wziąć udział w warsztatach z Craigiem Ogilviem w Sandbach (odległość między miastami wynosiła ok 80 km, godzina jazdy w sprzyjających warunkach drogowych). Ja nie dam rady? Potrzymaj mi piwo :).

Wstaliśmy raźnie o 5:30, by o 8:00 zameldować się na polach. Tam, nauczeni już cierpliwości przez dwa lata życia w UK, spokojnie czekaliśmy ponad godzinę, aż przyjedzie reszta zawodników wraz z organizatorami i duńskim sędzią. Warunki tropieniowe były idealne. Trawa gęsta i dosyć wysoka (ok 15 - 20 cm), słońce świeciło delikatnie, więc podłoże było bardzo wilgotne, ale nie mokre. Idealne zarówno do tropienia, jak i oznaczania przedmiotów. No lepszych warunków sobie Nitro nie mógł wymarzyć. Psom sprawdzono mikrochipy, porównano je z książeczkami startowymi i zaczęło się ustalanie kolejności wyjść. Wylosowałam numer pierwszy, więc poszłam ułożyć ślad zgodnie z zaleceniami sędziego. Ślad był dosyć długi, w kształcie litery U, z dwoma przedmiotami (w połowie drugiej prostej i na końcu). Sędzie obserwował mnie jak układam ślad i gwizdał na zmiany kierunki i położenie przedmiotu. W tym czasie Tomek przestawił auto z Nitkiem w bagażniku, bym nie musiała daleko iść po psa. Gdy wróciłam do samochodu, mój pies był na granicy paniki, bo myślał, że tata go chciał uprowadzić. Oczy jak pięć złotych i paniczne dyszenie. Ohohoho, niedobrze. Wyciągnęłam psa z auta i od razu nakazałam wyrównanie do nogi. Pole było dosyć duże, w czasie marszu pies się wyraźnie uspokoił i rozluźnił. Zameldowałam się sędziemu, a Nitro koniecznie chciał się przywitać z Gregiem, który pełnił na zawodach rolę komisarza. Na krótkie NIE, Nit odpuścił. Podeszliśmy do znacznika, Nitro wszedł w tryb pracy idealnie. Ze wzrokiem wbitym w znacznik, podał mi obie łapy do przełożenia linki, a potem usiadł skupiony i spokojny. "To będzie dobry dzień" - pomyślałam. Spojrzałam na sędziego i po uzyskaniu sygnału do rozpoczęcia pracy, wesoło podałam komendę WĄCHAJ. Nitro wystrzelił do znacznika, głęboko zaciągnął się zapachem i ruszył jak po sznurku po śladzie. Ja zostałam i czekałam, aż odejdzie ode mnie na odległość 10 metrów, by móc ruszyć. Czekałam spokojna i pewna swojego psa. Nitro węszył. Po ok. 5 metrach nagle podniósł głowę i poszedł w lewo. Na całą długość linki. Tam się zatrzymał, po czym wrócił do mnie do nogi. Ja osłupiałam. Właśnie oblaliśmy egzamin, do którego przygotowywaliśmy się dosyć intensywnie od ostatnich 12 miesięcy. Szybko poszło. Pomyślałam, że skoro zapłaciłam już za ten egzamin, to sobie chociaż ten ślad zrobię, zbierając po drodze swoje przedmioty. Wysłałam psa ponownie. Przez pierwszą prostą musiałam powtórzyć trzykrotnie komendę WĄCHAJ, bo pies podnosił głowę i rozglądał się na boki. Pięknie zrobił załamanie pod kątem prostym, a potem oznaczył przedmiot. Wrócił do tropienia, ale po kilku kolejnych metrach znowu zszedł ze śladu i wrócił do mnie. Głosem nie znoszącym sprzeciwu wydałam ponownie komendę WĄCHAJ i pies znalazł drugie załamanie, a chwilę później zrezygnował z tropienia całkowicie. Usiadł na śladzie i patrzył przed siebie. Siedział tak minutę, a ja stałam i powtarzałam w obu językach "Nie wierzę w to, co widzę. Co tu się do cholery dzieje". W końcu wrócił do mnie, wszedł między moje nogi i położył się na grzbiecie. Zrezygnowana podałam mu komendę SZUKAJ, by odnaleźć przedmiot i w końcu zejść z tego pola. Nitro spojrzał na mnie i.... zaczął intensywnie kopać. Postanowiłam kontynuować ślad sama, by odnaleźć ten cholerny przedmiot. Nitro mnie wyprzedził, znalazł go i oznaczył, a ja mogłam się odmeldować i zejść z pola. Przeprosiłam sędziego za marnowanie jego czasu i wciąż nie dowierzając w to, co się właśnie wydarzyło, poszłam na parking. Nitro szedł przy nodze na kontakcie. Szczęśliwy i przepełniony energią. Mój kochany małżonek powiedział "Nie martw się, tam się właśnie wydarzyło coś tak nieprzewidywalnego, że nie dało się do tego przygotować". Myślałam, myślałam, myślałam i nic nie wymyśliłam. Nie znam przyczyny tego zachowania. Uznaję po prostu, że pies nie był przygotowany do egzaminu i tyle. Nie poddajemy się, ćwiczymy dalej, w przyszłym roku, mam nadzieję, wszystko pójdzie zgoła inaczej. 


Na szczęście nie miałam czasu na załamywanie rąk, bo czekało nas jeszcze przecież seminarium w Sandbach. Prowadzący semi jest pozorantem monjoringu, który skupia się na relacji pomiędzy psem a jego opiekunem, podczas zabawy. Craig poświęcił dekadę swojego życia na zgłębianie tajników zabawy z psem, w marcu tego roku wydał książkę na ten temat. Książkę oczywiście kupiliśmy i jesteśmy w trakcie czytania. Warsztaty trwały dwie godziny. Na początku Craig przedstawił siebie i swoją teorię zabawy. Potem wychodziliśmy na kilkuminutowe sesje indywidualne. Każdy pies miał dwie sesje intensywnej zabawy. Nitro bawił się warcząc tak, że całą hala drżała. Bawił się najpierw z Craigiem, potem ze mną. Bez strachu, zaangażowany na 100%, koniecznie chcący wygrać, mocno angażując swoją masę, siłowo postanawiając przewrócić Craiga, a przynajmniej go nastraszyć. Hmmmm, wyglądał naprawdę fajnie. Potem Craig tłumaczył, że bawiąc się z dużym psem, należy pozwolić mu się trochę pociągnąć, by nie naprężać jego odcinka szyjnego kręgosłupa. Wtedy podjęłam decyzję. Zbiorę trochę kasy i zapytam Craiga czy organizuje również treningi bardziej IPOwe. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz